jak w tytule.
nie mam zielonego pojęcia, co zagoniło mnie aż tutaj, na potworne kraniec internetu z czasów, kiedy to jeszcze zdarzało mi się pisywać coś sensownego. nie pytajcie. pewnie nawet nikt już tu nie zagląda. ale jakby co, gdyby jakiś weteran się uchował, daję jasno do zrozumienia, że założyłam nowego bloga. nie wiem, co z tego wyniknie, może będzie on sobie od tak, po prostu żeby być i żebym mogła raz na jakiś czas wrzucić na niego jakiś bezsensowny tekst, ale będzie, a chyba właśnie to się liczy.
whatever.
cat-eater (świeżutki, jeszcze ciepły)
your-turn-to-die (wstrzymany, zawieszony... właściwie nie wiem, co z nim)
xoxo Pożeracz/Thalia
czwartek, 13 czerwca 2013
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Koniec
Jak sam tytuł wskazuje, to koniec. Definitywny i ostateczny koniec tego bloga, i mojej blogowej kariery. Czy koniec tego opowiadania? Nie wiem, pewnie nie. Dokończę je dla własnej satysfakcji, kiedyś tam w przyszłości.
Dlaczego odchodzę? Po prostu straciłam chęci, przestałam odnajdywać się w wirtualnym świecie. Wśród Was, wspaniałych pisarzy, z których wielu pewnie kiedyś doczeka się wydania własnej książki, byłam zwykłą szarą myszką, nie wyróżniająca się właściwie niczym. Publikowałam swoje opowiadania, bo sprawiało mi to przyjemność, a kiedy przestało, jaki sens ma ciągnięcie tego dalej? Żaden.
Może kiedyś powrócę pod innym nickiem, zacznę to wszystko od początku, ale teraz potrzebuję odpoczynku od świata, który sama w pewnej części budowałam i wspaniałej blogowej społeczności. Cieszę się, że z czasem, który tu poświęciłam przybywały również nowe znajomości, a niektóre z nich być może uda mi się zachować.
Dziękuję Wam za każdą chwilę spędzoną na każdym z moich licznych blogów oraz za wszystkie rozmowy. Będzie mi tego brakowało, ale trzeba ruszyć dalej. ;)
Może mi się odmieni i za kilka miesięcy wrócę tutaj, bo, jak to mówią, kobieta zmienną jest, ale chciałabym tego uniknąć.
Cóż więcej mogę napisać? Życzę Wam powodzenia w dalszym pisaniu!
Całuski, po raz ostatni Wasza Thalia ;**
Dlaczego odchodzę? Po prostu straciłam chęci, przestałam odnajdywać się w wirtualnym świecie. Wśród Was, wspaniałych pisarzy, z których wielu pewnie kiedyś doczeka się wydania własnej książki, byłam zwykłą szarą myszką, nie wyróżniająca się właściwie niczym. Publikowałam swoje opowiadania, bo sprawiało mi to przyjemność, a kiedy przestało, jaki sens ma ciągnięcie tego dalej? Żaden.
Może kiedyś powrócę pod innym nickiem, zacznę to wszystko od początku, ale teraz potrzebuję odpoczynku od świata, który sama w pewnej części budowałam i wspaniałej blogowej społeczności. Cieszę się, że z czasem, który tu poświęciłam przybywały również nowe znajomości, a niektóre z nich być może uda mi się zachować.
Dziękuję Wam za każdą chwilę spędzoną na każdym z moich licznych blogów oraz za wszystkie rozmowy. Będzie mi tego brakowało, ale trzeba ruszyć dalej. ;)
Może mi się odmieni i za kilka miesięcy wrócę tutaj, bo, jak to mówią, kobieta zmienną jest, ale chciałabym tego uniknąć.
Cóż więcej mogę napisać? Życzę Wam powodzenia w dalszym pisaniu!
Całuski, po raz ostatni Wasza Thalia ;**
piątek, 27 lipca 2012
Rozdział 2 "Was it A Dream?"
Po trzech godzinach przeciskania się bocznymi uliczkami i stania w
korkach wreszcie udało mi się wyjechać na przedmieścia, gdzie ruch był znacznie
mniejszy. Otworzyłam okna od strony pasażera i kierowcy, robiąc przyjemny
przeciąg, który rozwiewał moje włosy, czasami wpychając jeden z kosmyków do
oka, co drażniło mnie niemiłosiernie. Pogoda była całkiem przyjemna, jak na
koniec października. Chociaż pożółkłe liście zaczęły już opadać z drzew, to od
strony morza wiała ciepła bryza. Zjeżdżając na autostradę pozwoliłam sobie na
mocniejsze przydepnięcie gazu, choć w mojej głowie pojawiło się pełno obaw.
Właśnie na tej drodze, zupełnie niedaleko
zdarzył się wypadek, który wstrząsnął moim życiem. Nieco ponad dwa miesiące
temu, w sam środek wakacji moi rodzice wraz z Sophie wracali z jednodniowej
wycieczki na Long Island. Nie chciałam z nimi jechać, wolałam pozostać w Nowym Jorku, spotkać się
ze znajomymi, lub po prostu posiedzieć w samotności. Wyszłam z kilkoma
koleżankami z roku do klubu w hotelu Plaza, by się rozluźnić. Byłam już lekko
wstawiona, kiedy dostałam z policji telefon. Poinformowali mnie, że moi rodzice
mieli wypadek. W ich auto uderzył tir, naczepa się oderwała i zgniotła
samochód. Winę za wypadek poniósł kierowca tira, który stracił panowanie nad
pojazdem. Rodzice zginęli na miejscu, natomiast siostra w ciężkim stanie
została przewieziona do pobliskiego szpitala. Byłam w ogromnym szoku, ale mimo
to błyskawicznie udało mi się złapać taksówkę i dostać do wskazanego przez
policję miejsca. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym wpatrywałam się w okryte
szpitalnym strojem i cienką białą kołdrą ciało Sophie. Jej twarz była cała w
siniakach, usta przykryte maską dostarczającą tlen, a z nosa wystawały dwie
rurki. W zagięcie w łokciu na prawej ręce miałam werflon. Dookoła słychać było
tylko pikanie narzędzi utrzymujących pracę serca mojej siostry, a później już
nic. Martwa cisza. Martwa jak ona i jak moje serce. Tamtej nocy straciłam nie
tylko wszystkich bliskich mi ludzi, ale i całą pasję do zawodu, w którym
chciałam pracować od najmłodszych lat. Znienawidziłam wszystkich lekarzy,
ponieważ nie mogli uratować jej, lecz w głębi duszy bałam się, że kiedyś
przyjdzie moment w którym stanę na miejscu któregoś z nich.
Przez następne miesiące byłam otępiała.
Straciłam kontakt z przyjaciółmi i rodziną. Pogrzeb i proces sądowy pamiętam
jak przez mgłę, tylko urywane sceny, kondolencje, łzy. Jeszcze bardziej
zamknęłam się w sobie i swoich nałogach. Całe dnie spędzałam w domu, pijąc
hektolitry kawy i paląc papierosa za papierosem. Nieraz nawet dołączały do nich
skręty, chociaż już wcześniej obiecałam sobie z tym skończyć. Byłam bezsilna,
bezradna. Otaczający mnie świat przestał mieć dla mnie jakikolwiek sens, liczył
się tylko ból, który czułam i przerażająca, wciąż narastająca pustka. W dodatku
sny, które wiele razy nie pozwalały mi ponownie zasnąć. Kim Ona była? Dlaczego
śniła się właśnie mnie? Co chciała osiągnąć? A może to mój chory, przepełniony żalem umysł płatał mi
takie figle? Moja urojona podświadomość wymyśliła sobie postać która nawiedzała
mnie w snach. Lepiej już być nie może.
Podjęłam wiele decyzji. Postanowiłam, że
najlepszym rozwiązaniem będzie przerwanie studiów i przeprowadzka. Następnego
dnia złożyłam na uczelni potrzebne papiery, wcześniej informując Ashleen, jedną
z koleżanek ze studiów o moich zamiarach. Nie chciałam po prostu znikać, zostawiając
za sobą same niewiadome, chciałam się komuś wygadać. Wyszło na to, że
dziewczyna była pierwszą od kilku miesięcy osobą, z którą rozmawiałam.
Na następne dni znów zamknęłam się w sobie,
nie wpuszczając do mojego otoczonego murem świata nikogo. Moją ponurą
egzystencje przerwał dopiero telefon od ciotki Laury, bratowej mojego ojca, która
mieszkała w San Francisco. Przyjechała do Nowego Jorku i poprosiła mnie o
spotkanie. Bardzo niechętnie zgodziłam się z nią zobaczyć w kameralnej
kawiarence na Manhattanie. Długo rozmawiałyśmy. Przeprosiła, że nie mogła
przybyć na pogrzeb moich rodziców, po czym wręczyła pęk kluczy. Wytłumaczyła,
że jeżeli chcę się stąd wynieść, to najlepiej do spokojnego miejsca.
Zaproponowała mi pobyt w domu w Mystic Falls. Kiedyś przez długi czas tam mieszkała,
a później przeniosła się do Kalifornii, lecz dom od tego czasu stał pusty. Z
chęcią przystałam na jej propozycję. W końcu tego szukałam, prawda? Możliwości
wyrwania się z tego ponurego świata, odpoczynku od rzeczywistości. Podziękowałam
jej za rozmowę i pomoc, po czy wymieniłyśmy się numerami telefonów i każda
poszła w swoja stronę. Kilka dni później dostałam maila, w którym znajdowały
się dane dotyczące położenia miasteczka i domu. Wydrukowałam z Internetu mapę,
spakowałam się i już po kilku dniach byłam gotowa do drogi. Wielką
niespodzianką było dla mnie to, że ciotka pomogła mi również w załatwianiu
stażu. Broniłam się przed szpitalem rękami i nogami, jednak był to jedyny
zawód, w którym jakoś się odnajdywałam, więc w końcu zgodziłam się na wszystko.
Z niecierpliwością wyczekiwałam dnia, który wybrałam na przeprowadzkę. Na
początek nowego życia, które miało mi przynieść ukojenie po stracie.
Aż w końcu dzień nadszedł, a ja właśnie
siedziałam za kierownicą Land Rovera jadącego w kierunku Wirginii.
Westchnęłam głęboko, wyrywając się tym
samym z zamyślenia. Ostatnie promienie zachodzącego słońca rzucały cienie na
moje dłonie spoczywające na kierownicy. Wyciągnęłam ze schowka paczkę
papierosów i odpaliłam jednego od samochodowej zapalniczki. Zaciągnęłam się
głęboko dymem, tak jak lubiłam, po czym wypuściłam go ustami.* Włączyłam radio,
starając się złapać jakąś stacje grającą rocka lub bluesa, lecz mi to nie
wyszło. Zdesperowana, przegrzebałam schowek od strony pasażera.. Ciągle patrząc
na drogę, na chybił trafił wybrałam jedno z opakowań. Trafiło na drugi album
Marsów, A Beautiful Lie. Fart. Była
to moja ulubiona płyta tego zespołu. Od razu wsadziłam ją do odtwarzacza,
rzucając pudełko na siedzenie pasażera. Wybrałam swój ulubiony utwór, który
zawsze dawał ukojenie moim zmysłom i zaczęłam śpiewać wraz z wokalistom.
Was it a dream?
Was it a dream?
Is this the only evidence that proves it
A photograph of you and I.**
Was it a dream?
Is this the only evidence that proves it
A photograph of you and I.**
Jared zakończył piosenkę nieco zachrypniętym głosem, po czym zabrzmiały
ostatnie akordy gitary, a w moich oczach pojawiły się łzy. Czy to był sen?
Pragnęłam, by to wszystko okazało się tylko koszmarem. Obudzić się, i zobaczyć,
że wszystko jest tak jak przedtem, tak jak powinno – piękne, choć nieosiągalne
marzenie.
Zatrzymałam płytę, po czym wróciłam do
radia. Wolałam słuchać tego, co tam leciało, niż psuć sobie i tak podły humor
piosenkami przepełnionymi wspomnieniami. Przez chwilę bawiłam się regulatorem
głośności, aż ustawiłam wszystko idealnie. Przez otwarte okno wyrzuciłam
niedopałek, po którym pozostał już sam filtr i włączyłam nawiew, by pozbyć się
z auta smrodu tytoniu.
Kilka godzin po zapadnięciu zmroku zjechałam
z autostrady. Oczy same mi się zamykały, być może dlatego, że ubiegłej nocy źle
spałam. Kawa, którą wypiłam w jednym z zajazdów już dawno przestała działać,
więc nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko zatrzymać się na nocleg. Od
początku obawiałam się, że nie będę w stanie jechać przez całą noc, ale nie
sądziłam, że padnę tak szybko.
Wjechałam na parking oświetlonego
bożonarodzeniowymi lampkami motelu. Wyglądał na dość przytulne miejsce, ale
biorąc pod uwagę to, że było ciemno, niewiele widziałam. Zabrałam ze sobą tylko
podręczną torbę z małą kosmetyczką, ubraniami na zmianę i kilkoma innymi
drobiazgami.
W holu przywitała mnie ruda recepcjonistka
w średnim wieku, wyglądająca na niezbyt zadowoloną z tego, ze musi siedzieć po
nocach i przyjmować gości.
- W czymś pomóc? – zapytała.
Ruszyłam po drewnianej, skrzypiącej podłodze
w jej stronę, rozglądając się dookoła. Ściany były pomalowane na brązowy kolor,
a niewielka ilość mebli, ograniczająca się jedynie do wielkiej, zamszowej
kanapy i małego stolika sprawiały dość surowe wrażenie. Mogło być gorzej.
- Tak, proszę o pokój z
łazienką na jedną noc – mruknęłam sennie, tłumiąc ziewnięcie.
- Jednoosobowy? – zapytała
kobieta bez cienia uśmiechu.
- Tak.
Podała mi kluczyk z numerkiem.
- Pierwsze piętro, trafi pani
bez problemu – odwróciła się ode mnie z miną świadczącą o tym, że mogę już
sobie iść, i wróciła do przeglądania gazety.
Chciałam ją jeszcze zapytać o bar, ale
postanowiłam poszukać go na własną rękę, gdyż kobieta wydawała się być niezbyt
przychylnie do mnie nastawiona. Wbiegłam po schodach, bawiąc się breloczkiem
przy kluczyku. Kobieta miała rację, znalezienie pokoju nie sprawiło mi
problemu, gdyż na pierwszym piętrze było ich zaledwie dwadzieścia. Przekręciłam
kluczyk w drzwiach z numerem osiemnaście, które pod naporem mojego ciała
ustąpiły. Weszłam do środka i włączyłam światło.
Wnętrze nie było imponujące, lecz czego
innego mogłam się spodziewać po tanim motelu? Pokój był wyłożony drewnianymi
panelami w kolorze jasnego beżu, zawierał sporych rozmiarów łóżko zasłane białą
pościelą, niewielką szafę, toaletkę z lusterkiem i pufą, stolik, dwa krzesła i okno.
Meble miały kolor podłogi, a na bladoniebieskiej ścianie wisiał obraz jeźdźca
bez głowy. Od razu zaciągnęłam roletę i rzuciwszy torbę na łóżko udałam się na
zwiedzanie łazienki. Tu również szału nie było. Kabina prysznicowa, umywalka z
lusterkiem i toaleta stanowiły całe wyposażenie.
Podłączyłam do ładowarki wyjęty z kieszeni
dżinsów telefon. Bateria padła mi w trakcie drogi, więc przed resztą podróży
koniecznie musiałam ją naładować. Poczekałam, aż bateria się nieco podładuje po
czym włączyłam go. Czekały na mnie dwa nieodebrane połączenia oraz wiadomość.
Najpierw postanowiłam oddzwonić do ciotki Laury. Usłyszałam dwa sygnały, zanim
w końcu ktoś podniósł słuchawkę.
- Joline, słońce, wszystko w
porządku? – zabrzmiał zatroskany głos ciotki.
- Tak. Wybacz, że wcześniej
nie odebrałam, prowadziłam auto, a bateria w telefonie mi padła –
wytłumaczyłam.
- Nic się nie stało. Jesteś
już na miejscu? Jak minęła podróż?
- Jeszcze nie minęła, ciociu.
Jestem jakoś w połowie drogi, zatrzymałam się na noc w motelu, żeby się
przespać. Po wyjeździe z Nowego Jorku ruch jest raczej umiarkowany, więc nie
jest tak źle.
- W takim razie dobrze,
pewnie jesteś zmęczona, więc ci nie przeszkadzam. Jak dojedziesz, to koniecznie
do mnie zadzwoń.
Uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc słowo
„zmęczona”. Byłabym w stanie zasnąć na stojąco, gdyby nie strach przed
koszmarem.
- Obiecuje zadzwonić,
dobranoc – rozłączyłam się.
Laura była moją jedyną bliższą rodziną, jaka
mi została, dlatego postanowiłam dbać o kontakt z nią, jednak często mnie
irytowała. Kiedy byłam młodsza spędzałam u niej i wujka kilka tygodni w
wakacje, jednak później Logan zmarł, co bardzo odbiło się na psychice ciotki.
Przez jakiś czas niemal ze sobą nie rozmawiałyśmy i nie spodziewałam się, że
wyciągnie do mnie pomocną dłoń, kiedy cały świat zdawał się ode mnie odwrócić.
Wyciągnęłam z torby wszystkie potrzebne
rzeczy i udałam się do łazienki. Zrzuciłam z siebie wierzchnie odzienie, a
poplamioną kawą koszulę od razu rzuciłam na podłogę. Pozostając jedynie w
bieliźnie przyjrzałam się dokładnie mojemu odbiciu w lustrze.
Nigdy nie byłam żadnym wyjątkowym okazem
piękności, ale teraz wyglądałam znacznie gorzej. Przez ostatnie tygodnie bardzo
straciłam na wadze tak, że teraz mogłam policzyć wszystkie wystające żebra.
Szczupłe, wręcz kościste ramiona stały się blade, ponieważ ostatnimi tygodniami
nie tylko unikałam towarzystwa, ale i wychodzenia z domu. Fiołkowe oczy
straciły swój dawny blask, którego miejsce zajęła ziejąca z nich pustka. Dodatkowo
w zagięciu na lewym łokciu widniały małe blizny – pamiątki po wkłuwających się
strzykawkach.
Ściągnęłam resztki odzieży, po czym weszłam
pod gorący strumień wody. Pozwoliłam, by zmył ze mnie cały żal i nienawiść do
świata za to, co się stało. Namydliłam ciało miodowym żelem pod prysznic, po
czym spłukałam wszystko. Nawet nie zauważyłam, kiedy po moich policzkach
zaczęły ściekać słone łzy, które mieszając się z wodą i tuszem do rzęs, spadały
do odpływu. Osunęłam się po chłodnych kafelkach i usiadłam w brodziku, oddając
się rozpaczy. Szum wody zagłuszał mój szloch. Pozostałam w tej samej pozycji,
dopóki gorąca ciecz zmieniła się w letnią, a potem zimną. Dopiero wtedy
wyszłam, okrywając się białym, puchatym ręcznikiem. Wytarłam się nim dokładnie
i nałożyłam na siebie prowizoryczną piżamę składającą się z za dużej koszulki z
napisem „I love New York” i spodni od dresu. Związałam włosy w luźnego koka, i
po zmyciu z twarzy resztek makijażu i wyczyszczeniu zębów wróciłam do pokoju.
Rzuciłam się na łóżko i zakopałam w miękkiej
pościeli, pachnącej proszkiem do prania. Po chwili jednak wstałam i wyjęłam z
torby paczkę Cameli. Zapaliłam jednego, po czym otworzyłam na oścież okno.
Chłodne wieczorne powietrze otoczyło moją twarz, co przyniosło mi swego rodzaju
ulgę. Zaciągając się tytoniowym dymem, rozsiadłam się na szerokim parapecie,
który pod moim ciężarem zatrzeszczał złowrogo, jakby miał się za chwilę
zawalić. Zamiast się tym przejąć, oparłam głowę o ramę okna, wdychając
specyficzną mieszankę tytoniu, spalin i kwiatów rosnących w doniczkach przy
wejściu. Do moich uszu dobiegały dźwięki przejeżdżających aut i głośnej muzyki
oraz śmiechu dochodzących z baru znajdującego się gdzieś w dolnych
kondygnacjach budynku. W mroku nocy z okna widać było tylko kawałek
oświetlonego podjazdu, oraz w oddali światła autostrady, cała reszta spowita
była ciemnością.
Robiłam wszystko, żeby tylko odwlec sen. Nie
wiedziałam, czego się bałam. Tego, że Ona znów pojawi się w moich snach? W
sumie, nic takiego mi nie robiła. Po prostu była, i to najbardziej mnie
przerażało. Dlaczego koszmar się powtarzał? A może bałam się natłoku myśli,
które poprzedzały moment zaśnięcia? Zawsze wtedy myślałam o wypadku. O tym, co
by było, gdybym pojechała z nimi, albo zwyczajnie namówiła do pozostania w
domu. Może by mnie posłuchali? A może i tak postawili na swoim, nie przejmując
się moim marudzeniem?
Strzepnęłam resztki popiołu na zewnątrz, tym
samym zagaszając papierosa. Zbyt wiele wątpliwości mnie nachodziło. Czy aby na
pewno robiłam dobrze, opuszczając Nowy Jork? Zastanawiałam się, co mnie spotka,
jeżeli ruszę w nieznane. Może mimo wszystko uda mi się odmienić swoje życie,
skończyć z nałogami, wszystko naprawić… A potem wrócić jako zupełnie inna
osoba.
Z powrotem zamknęłam okno i zaciągnęłam
roletę. Z wahaniem zgasiłam światło, po czym ułożyłam się w wygodnej pozycji.
Od razu moje powieki opadły, a sama udałam się w podróż do krainy Morfeusza.
Biegłam co
sił w nogach przez leśną polanę, co chwila zahaczając długą sukienką o wysoką
trawę. Długie jasne włosy, w które
zostały wplecione jedwabne wstążki powiewały za mną, niczym peleryna, a dookoła
unosił się mój śmiech, niesiony echem w czeluście lasu. Pogoda była wręcz wymarzona,
by spędzić niedzielne popołudnie na świeżym powietrzu. Słońce znajdowało się
wysoko na niebie, było ciepło, a od południa wiał lekki, przyjemny wiatr.
Wreszcie
dotarłam do linii drzew, potykając się przy tym. Zebrałam fałdy sukni w ręce i
nie zważając na złowrogie odgłosy dobiegające z miejsca do którego zdążałam,
pobiegłam dalej. Chociaż dzień trwał w najlepsze, w lesie było prawie całkiem
ciemno. Wysokie liściaste drzewa broniły słońcu dostęp do jego czeluści, tylko
w nielicznych miejscach pojedyncze promienie oświetlały ściółkę leśną. Drzewa
rozłożone były dość rzadko, jednak wszędzie wystawały korzenie,
uniemożliwiające szybszy bieg. Nie słyszałam za sobą kroków, co odrobinę mnie
zaniepokoiło, lecz nie na tyle, by przerwać i zawrócić.
Nagle ktoś
silnie przyszpilił mnie do drzewa, zasłaniając usta dłonią. Moje serce na kilka
sekund stanęło, po czym znów zaczęło bić, gdy okazało się, że nie było się
czego bać.
- Szybka jesteś – zamruczał ciemnowłosy chłopak,
zdejmując dłoń z moich ust, jednak nadal trwał przytrzymując mnie przy grubym
konarze. – Niełatwo było cię złapać.
Zaśmiałam
się, spoglądając w jego błękitne tęczówki, w których czaiły się figlarne
iskierki.
- Trzeba było częściej trenować biegi.
Zlustrowałam
go wzrokiem od góry do dołu, lekko go od siebie odpychając. Jego policzki były
rumiane, a spodnie poplamione trawą na kolanie.
- Ty za to wyglądasz, jakbyś się wcale nie zmęczyła –
nadrobił te kilkanaście centymetrów, które udało mi się przed chwilą uzyskać,
przysuwając się do mnie stanowczo za blisko.
- Cud pudru do twarzy.
Chłopak
szybko pocałował mnie w policzek, jakby bał się, że za chwilę się od niego odsunę.
I tak nie miałam gdzie, więc jego obawy nie miały podstaw.
- Nie na zbyt wiele sobie pan pozwala, panie
Salvatore? – mówiąc to, figlarnie się do niego uśmiechnęłam.
- Nie, jeżeli nie ma pani nic przeciwko, panno Evenes.
Tym razem
musnął swoimi ciepłymi wargami moje usta. Chciałam szepnąć, że nie mam nic
przeciwko, jednak uznałam, że to nie najlepsze rozwiązanie. Wyrwałam się z jego
delikatnego uścisku.
- Złap mnie, jeżeli chcesz się przekonać! – zawołałam,
pędząc w las. Świadomość, że jest podąża za mną dodawała mi skrzydeł.
Zerwałam się z łóżka, słysząc dźwięk
telefonu. Wyjęłam go spod poduszki i spojrzałam na wyświetlacz. „Bateria
naładowana” głosił komunikat wyświetlony na ekranie. Z westchnieniem odłączyłam
kabelek i z powrotem zakopałam się w pościel, lecz bez zamiaru zaśnięcia.
W głowie wciąż miałam obrazy ze snu. Znów
byłam Nią. Tym razem sceneria mary się zmieniła. Już nie była to scena
pożegnania, a raczej fragment szczęśliwego życia. Gonitwa pary zakochanych po
łące i lesie. Wiedziałam, że naprawdę kocha tego mężczyznę. Czułam to całą sobą, gdy znajdowałam się w Jej
ciele. Nawet po przebudzeniu czułam się, jakby postać ze snów odbiła jakieś
piętno na mojej psychice za każdym razem
gdy stawałam się Nią. Nie umiałam opisać targających Nią – i mną- emocji.
Do pokoju przez rolety wpadały promienie
jasnego światła poranka. Nie miałam najmniejszej ochoty wstawać i ruszać w
dalszą drogę, ale cóż mogłam poradzić?
Maszyna poszła w ruch, Joline, teraz już nie możesz
jej zatrzymać i zawrócić – mówiłam do
siebie w myślach, niechętnie wstając z łóżka.
Udałam się do łazienki i po szybkim,
orzeźwiającym prysznicu nałożyłam na siebie granatowy top i dżinsy, które
miałam na sobie poprzedniego dnia. Nałożyłam na twarz delikatny makijaż i po
zapakowaniu wszystkich rzeczy do torby oraz uporządkowaniu nieco pokoju
opuściłam go, zamykając drzwi na klucz.
Zbiegając schodami w dół, zerknęłam na
wyświetlacz telefonu. Dopiero dochodziła ósma rano, ale mimo to miałam
nadzieję, że zastanę bar otwarty, gdyż nie jadłam nic od tortilli u Drue i mój
żołądek domagał się śniadania. Kobieta, która teraz stała przy recepcji
uśmiechnęła się do mnie radośnie. Wyglądała mi na studentkę nie starszą niż
dwadzieścia pięć lat, więc ja również się do niej uśmiechnęłam. Oddałam jej
kluczyk i zapłaciłam za nocleg. Bez problemu odnalazłam bar, który na moje szczęście
był otwarty. Po zjedzeniu hamburgera i wypiciu dwóch filiżanek mocnej kawy i
zabraniu jednego cappuccino na wynos w papierowym kubeczku, wróciłam do auta. Słońce
świeciło mi prosto w oczy, wiec włożyłam przeciwsłoneczne okulary i włączywszy
klimatyzację wróciłam na autostradę w znacznie lepszym nastroju niż
poprzedniego dnia.
Dobierałam muzykę, usilnie ignorując
domagający się mojej uwagi album A Beautiful
Lie nadal leżący na siedzeniu pasażera. W końcu stanęło na More Than a Feeling grupy Boston. Radośnie wtórując wokaliście
przy tytułowym utworze jechałam kilka
godzin, nie zmieniając muzyki.
Zjechałam z autostrady na drogę z ogromnym
znakiem „Welcome to the Virginia”, czując na plecach przyjemny dreszczyk
podniecenia.
- It's more than a feeling! When
I hear that old song they used to play! I begin dreaming 'till I see Marianne
walk awal!*** - wydarłam się na cały głos.
---------------------------------------------------------------------------------
* W USA palenie papierosów podczas jazdy jest karane grzywną lub wiezieniem, lecz nasza bohaterka sie tym nie przejmuje, jak widać.
* *„Czy to był sen? Czy to był
sen? Czy to jedyny dowód, który to potwierdza? - fotografia, na niej ty i ja.” - fragment piosenki 30 Seconds to Mars – Was it
a Dream, od której pochodzi tytuł rozdziału.
** *„Więc to jest więcej niż
uczucie! Kiedy słyszę tą starą piosenkę którą niegdyś grali i zaczynam śnić aż
zobaczę Annę Marię odchodzącą.” – fragment piosenki Boston – More Than a
Feeling, wykorzystanej jako drugi podkład do rozdziału.
I jak, nie pomarliście tam z nudów? Mam nadzieję, że jednak nie jest tak źle, jak mi się wydaje. Z długości jestem zadowolona, z treści trochę mniej, ale to Wam pozostawiam ostateczną opinię, jak zawsze z resztą. Są dwa podkłady, i radzę zmieniać muzykę w miejscu, w którym to zaznaczyłam, wtedy jest lepszy efekt.
30 lipca wyjeżdżam i wrócę dopiero 8 sierpnia, dlatego przez najbliższe dwa tygodnie raczej nic nie opublikuję. zaległości postaram sobie nie robić, ale więcej o tym wspomnę przed samym wyjazdem w ramce po prawej.
Z dedykacją dla mojej złej bliźniaczki, Zacnego Psychopaty, na której to blog chciałabym Was serdecznie zaprosić <link>.
Nie przedłużając, życzę miłych wakacji! ;**
wtorek, 17 lipca 2012
Rozdział 1 "Wake me up!"
Wiatr, delikatny podmuch unosi włosy. Słońce, ogrzewa
moje ciało. Słone krople spływają po policzku, zostawiając za sobą mokre ślady.
Silne ramiona obejmują mnie jeszcze ten jeden, ostatni raz…
- Kocham cię,
Lynette.
- Ja ciebie również. I zawsze już będę.
I znów łzy. Wiele, wiele łez. Rozpacz.
Zerwałam się z łóżka cała roztrzęsiona,
porywając ze sobą kołdrę i zawinięty w niej porcelanowy kubek, który z
trzaskiem rozbił się o podłogę. Starałam się oddychać głęboko, lecz nie za
bardzo mi to wychodziło. Mój oddech wciąż był płytki i urywany, jak po długim
biegu.
Płakałam. Zasypiałam ze łzami w oczach i z
nimi się budziłam. Może taki już mój los? Ubolewanie nad przeszłością,
zatracanie się w tym co było, aż w końcu zniknie rzeczywistość i będzie tylko
kiedyś, żadnego teraz? Bałam się tego. Co za paradoks! Przerażała mnie
perspektywa samotności, lecz mimo to ciągle byłam sama. Dwa miesiące temu mój
stan osiągnął poziom krytyczny.
Do tego te sny. Koszmary, w których nie
byłam sobą, tylko Nią, kimkolwiek była. Nie umiałam nad tym zapanować. Od kilku miesięcy, gdy zamykałam oczy, w
mojej głowie pojawiał się Jej obraz. Młoda, drobna kobieta o brzoskwiniowej
cerze, jasnych włosach, zawsze nienagannie upiętych, przenikliwych oczach w
kolorze fiołków, ubrana w suknię z gorsetem. Ideał, piękność. W śnie zawsze
byłam Nią. Czułam, to co Ona czuła, widziałam Jej oczami. Widziałam piękny
ogród przy uroczym, dziewiętnastowiecznym dworku. Widziałam mężczyznę, którego
kochała. Jego twarz zawsze zasłaniała mgła, lub to ja po przebudzeniu nie
umiałam sobie jej przypomnieć. Nienawidziłam tych nocnych mar. Nie było w nich
nic strasznego, aczkolwiek, gdy podobny sen powtarzał się którąś noc z rzędu
zaczynał mnie męczyć i co gorsza przerażać.
Doszłam do łazienki, gdzie opłukałam twarz
zimną wodą. Tego mi było trzeba. Doprowadzając się do porządku, powoli
zapominałam o natrętnym śnie. Włożyłam na siebie dżinsy i czarno-białą koszulę w kratkę. Długie do łopatek czarne
włosy związałam w koński ogon, lecz po chwili namysłu znów je rozpuściłam.
Nałożyłam na twarz makijaż. Korektor na sińce pod oczami, czarna kredka, tusz
do rzęs, i tyle.
Prowizoryczną piżamę wrzuciłam do jeszcze
nie dopiętej walizki. Reszta rzeczy, które miałam ze sobą zabrać czekały już w
wozie zapakowane w kartonowe pudełka.
Zapalając papierosa, rozejrzałam się raz
jeszcze po sypialni rodziców, w której sypiałam przez ostatnie dwa miesiące.
Głównie dzięki mnie wszędzie walały się teraz kubki, talerze, gazety, butelki i
pety. Nie zadałam sobie nawet trudu, by posprzątać zbitą porcelanę. Po co? To i
tak nie miało sensu. Niedługo sprzedam to mieszkanie ze wszystkim
bezwartościowymi gratami, jakie się w nim znajdują.
Z błogością zaciągnęłam się fajką.
Zastanawiałam się, jak oni mogli mnie tak zostawić? Samą, w tym wielkim
świecie? Dlaczego nie mogłam umrzeć razem z nimi? To mnie bolało najbardziej.
Uczucie pustki. Teraz wreszcie wiem, jak to jest stracić wszystko, co kochałam.
Co mi po pieniądzach, jakie mi zostały? Bez miłości nic nie ma sensu.
Pozbierałam jeszcze ostatnie drobiazgi, po
czym zamknęłam torbę. Zagasiłam peta w pustej szklance z resztką jakiegoś płynu
i wyszłam. Przeszłam się jeszcze jeden, ostatni raz po apartamencie. Wszędzie
panował artystyczny nieład. Kuchnia, salon, mój pokój.
Zatrzymałam się na chwilę w pokoju Sophie.
Bladożółte ściany poobklejane fotografiami i plakatami wydawały się dziwnie
wyblakłe. Łóżko było zasłane białą pościelą, w oknie wisiały kremowe firanki, a
na krześle leżała śliczna, niebieska sukienka, którą moja siostra miała ubrać
na swój bal maturalny. Nie dożyła do niego. Wszystko pozostało tak, jak w dniu
wypadku. Nie miałam siły, by cokolwiek ruszać. Na biurku stała fotografia,
przedstawiająca mnie i Sophie siedzące razem na ławce w Central Parku. Obejmowałyśmy
się ramionami i cieszyłyśmy do obiektywu jak głupie. Ja, wysoka, czarnowłosa
dziewczyna o przenikliwych, fiołkowych oczach, ubrana w czarne dżinsy i
pomarańczowy top, oraz ona, drobna istotka z krótkimi brązowymi włosami,
wystrojona w letnią sukienkę w kwiatki. Różniłyśmy się nie tylko z wyglądu, ale
i z charakteru. Dwie zupełnie różne istoty, a jednak siostry, w pewnym sensie
do siebie podobne. Była ode mnie młodsza o cztery lata. Zawsze była tą
ładniejszą, mądrzejszą, bardziej lubianą, a jednak ja nigdy nie miałam do niej
o to pretensji. Zamykałam się w swoim własnym, wyimaginowanym świecie z kilkoma
bliskimi osobami i egzystowałam sobie powoli, nie wadząc nikomu. Pogodziłam się
z tym, a teraz zostałam sama.
Masz, czego
chciałaś. Teraz możesz sobie tkwić w swojej urojonej rzeczywistości, nikt ci
nie będzie przeszkadzać.
Sophie
pewnie zabiłaby mnie, gdyby dowiedziała się, co robię ze swoim życiem. Że
przerwałam studia, że truję się tytoniem, i że chcę wyjechać z rodzinnego
Nowego Jorku. Nigdy wcześniej nawet bym o tym nie pomyślała, ale teraz… Cóż
innego mogłam zrobić?
Za
dużo cierpienia.
Wyciągnęłam zdjęcie z ramki i wsadziłam je
do dużej, czarnej torby, którą przewiesiłam przez ramię. Przede mną otwierała
się perspektywa nowego i być może lepszego życia. Demony przeszłości chciałam
zostawić za sobą, ale jednak jakieś pamiątki chciałam zachować. Nie mogłam
zapomnieć, jak wyglądali, dlatego wśród rzeczy, które postanowiłam zabrać ze
sobą było kilka albumów rodzinnych.
Wyszłam z apartamentu, ciągnąc za sobą
walizkę. Drzwi zamknęłam na klucz, który wrzuciłam do torby. Na parkingu
załadowałam torbę do obszernego bagażnika czarnego land rovera z beżową
tapicerką – jedynego auta, jakie postanowiłam zatrzymać z kolekcji mojego taty.
Resztę już sprzedałam.
Wyjechałam z podziemnego parkingu,
przyglądając się ostatni raz Piątej Alei budzącej się do życia, po długiej
nocy, pełnej imprez. Teraz to już nie był mój dom. Pragnęłam się z tym pogodzić
raz na zawsze. Po drodze pojechałam jeszcze do biura zaufanego agenta
nieruchomości moich rodziców. Zostawiłam u niego zapasowe klucze do mieszkania
i podpisałam umowę. Obiecał mi znaleźć szybko chętnego do kupna apartamentu.
Jakby zależało mi na pieniądzach! Mój ojciec był wpływowym właścicielem banku. Gdybym
chciała, mogłabym nie pracować do końca życia, gdyż otrzymałam po nim fortunę, jako jego jedyna spadkobierczyni.
Czas
zacząć nowe życie, Joline. Z dala od złego wpływu Nowego Jorku, z dala od tych
przeklętych ulic i mrocznych zaułków, gdzie po raz pierwszy cię zwerbowali…
Ale w głębi serca wiedziałam, że tak szybko
o wszystkim nie zapomnę. Poza tym miałam pamiątki, które miały mi pomóc w
krytycznych chwilach mojej egzystencji. Tak bardzo chciałam z tym skończyć,
chociaż tak na poważnie jeszcze tego nie
zaczęłam.
Nie umiałam tak po prostu odejść. Marzyłam o
tym, by jeszcze raz przejść się ścieżkami Central Parku i popatrzeć, jak
dzieciaki z bogatych rodzin, takie jak ja, grają w piłkę i jarają trawkę na
Owczej Łączce. Może nawet przez chwile pobyć jedną z nich?
Gdy tak siedziałam w aucie na parkingu
dumając nad jeszcze jednym spacerem po Nowym Jorku, głośno zaburczało mi w
brzuchu. No tak, Joline, geniuszu. Nie ma to jak wybrać się w
kilkunastogodzinną podróż autem bez śniadania.
Wysiadłam i po zamknięciu drzwi ruszyłam chodnikiem.
Głęboko zaciągnęłam się nowojorskim powietrzem, przepełnionym zapachem spalin.
Dookoła mnie śmigały żółte taksówki, tak bardzo charakterystyczne dla tego
miasta. Delektując się wszystkimi aspektami życia w Nowym Jorku nawet nie
zauważyłam, kiedy doszłam do celu, którym była mała knajpka na rogu jednego z
biurowców. Nie zastanawiając się długo, przekroczyłam jej próg. Od wejścia
uderzył mnie zapach pysznego jedzenia, na który mój brzuch zareagował głośnym
burknięciem.
Pomieszczenie, w którym się znalazłam nie
było obszerne, aczkolwiek urządzone w bardzo miłym stylu. Ściany były
pomalowane na przyjemny dla oka odcień zieleni, do połowy okien zaciągnięte
były rolety w nieco ciemniejszym odcieniu, stoliki i krzesła poustawiane
chaotycznie po całej przestrzeni miały odcień orzecha, podobnie jak bar. Na
ścianach wisiały biało-czarne fotografie i rysunki w drewnianych oprawach.
Sztuczne światło lamp mieszało się z promieniami słońca, co dawało całkiem ciekawy
efekt. Knajpka byłą niemal pusta. Cieszyłam się z tego. Uwielbiałam to miejsce,
i przez wiele lat mieszkania w tym mieście, często je odwiedzałam.
Usiadłam na krześle przy barze, czekając, aż
ktoś mnie obsłuży. Po chwili przede mną pojawił się chłopak o jasnobrązowych
postawionych na żel włosach i oczach o intensywnym odcieniu zieleni ubrany w strój kelnera.
Patrzyła się na mnie przez chwilę, jakby zobaczył ducha.
- Cześć Drue – przywitałam
się cicho ze starym znajomym, siląc się na delikatny półuśmiech.
Chłopak zamrugał dwa razy, jakby chciał
sprawdzić, czy nie jestem przypadkiem zjawą.
- Joline! – szepnął w końcu,
wybiegł zza baru i uściskał mnie serdecznie. – Wszystko w porządku? Co cię do
mnie sprowadza?
Delikatnie wyswobodziłam się z jego objęć, czując,
jak na mojej twarzy pojawia się delikatny rumieniec. Kiedyś z Drue byliśmy
naprawdę blisko. Był jednym z moich najlepszych przyjaciół, a może nawet kimś
więcej. Spędzaliśmy ze sobą masę czasu, ale pewnego dnia wszystko się posypało
jak domek z kart. Nie winiłam go już za to, jednakże strasznie się cieszyłam,
że go widzę. Studiował zaocznie, dzięki czemu często pracował w knajpie swojego
ojca. Wiedziałam, gdzie się udać.
- Nie mogę powiedzieć, że
jest w porządku, bo bym skłamała, ale jest znacznie lepiej. Rany się goją. –
wyznałam, znów siadając na stołku, a mój kolega wrócił na swoje stanowisko za
barem. – Nadal trudno mi to wszystko pojąć.
Chłopak pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie
widziałam się z nim od dawna, dlatego nie miałam pojęcia, jak wiele wie o
wypadku i tym, co później się ze mną działo, ale wydawał się być dobrze
poinformowanym. W końcu przez chwilę w całym mieście aż wrzało od wieści o
tragicznej śmierci właściciela banku i prawie całej jego rodziny. Poza tym nasi
ojcowie się znali.
- Cieszę się, że przyszłaś.
Napijesz się czegoś?
- Tak – westchnęłam,
przyglądając się karcie z menu. – Podwójne espresso proszę.
Posłał mi ciepły uśmiech i na chwilę
zniknął. Zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu. Jedyną obecną osobą oprócz
nas był jakiś biznesman w szarym garniturze, który nerwowo popijał kawę, co
chwila spoglądając na zegarek, jakby na kogoś czekał. Po chwili pozbierał swoje
rzeczy, rzucił na stolik banknot i wyszedł.
Drue wyszedł z zaplecza z małą filiżanką parującej
kawy. Postawił ja przy mnie z szerokim uśmiechem na ustach, po czym pozbierał
naczynia po poprzednim gościu.
- Dzięki – mruknęłam,
upijając łyk gorącej, aromatycznej cieczy.
- W porządku. Zjesz coś? –
zapytał.
- W sumie właśnie to mnie do
ciebie przygnało. Załatwiałam sprawy na mieście i zgłodniałam. – wytłumaczyłam
chłopakowi.
- Musisz częściej załatwiać
sprawy na mieście i przy tym głodnieć, bo tylko wtedy do mnie wpadasz –
podsumował, śmiejąc się. – To na co masz ochotę?
Zamyśliłam się na chwilę. Przez te kilka
miesięcy strasznie tęskniłam za Drue. Zastanawiałam się tylko, czy zechce
porozmawiać ze mną o tym, co nas rozdzieliło. Nie chciałam znów wywlekać tego
na światło dzienne, chociaż jeżeli zechcielibyśmy wrócić do tego co było,
musielibyśmy w końcu poruszyć ten temat. Ale nie teraz. Jak wrócę, będę
zupełnie innym człowiekiem. Skończę z tym z dala od Nowego Jorku i wszystkich
problemów.
Przez cały czas czułam na sobie palący wzrok
bruneta.
- Na tortille wegetariańską –
podniosłam na niego wzrok, delikatnie się uśmiechając.
- Służę, jaśniepani – skłonił
się teatralnie i zniknął w kuchni.
To był cały Drue. Wiecznie uśmiechnięty,
zabawny i żywiołowy. Gotów przyjąć
wszystko to, co zgotował dla niego los. I tym się różniliśmy. Ja stale
lawirowałam między problemami, starałam się ich unikać i sprawiać, by wszystko
szło po mojej myśli. On nigdy niczego nie idealizował, i radził sobie z
problemami jak nikt inny. Zazdrościłam mu tego realizmu. Ja, niepoprawna
marzycielka żyjąca w wykreowanym przez siebie świecie.
Dopiłam kawę, bawiąc się papierową serwetką.
Po chwili pojawił się chłopak z zamówionym przeze mnie daniem na talerzu.
- Szybko ci poszło –
stwierdziłam, kiedy postawił przede mną na blacie moje zamówienie.
- No widzisz – nadal szeroko
się uśmiechając, usiadł na stołku obok. Mógł sobie na to bez problemu pozwolić,
lokal był pusty.
- A tobie jak się powodzi? –
zagadnęłam, między gryzami tortilli.
- W porządku. Ostatni rok
studiów to nie przelewki, ale dobrze sobie radzę. W wolnym czasie pomagam w
rodzinnym interesie – ruchem reki
wskazał na ich przybytek. – Prawnie nic się nie zmieniło. Jak tam twoje studia?
- Rzuciłam je – mruknęłam.
Chłopak popatrzył na mnie jak na wariatkę. - To znaczy przerwałam –
zrehabilitowałam się. – Na rok. Wyjeżdżam z Nowego Jorku.
- Kiedy? – zapytał, nadal
zaskoczony.
- Dzisiaj. Sprzedałam
apartament. Chcę odpocząć od miejskiego zgiełku, pomyśleć o tym, co chcę robić
dalej, może nawet zmienić swoje życie – wytłumaczyłam.
- Skoro uważasz, że to będzie
dla ciebie dobre rozwiązanie… - mruknął z powątpieniem.
- Myślę, że najlepsze.
Chwilę milczeliśmy. Ja przeżuwałam
śniadanie, a on wpatrywał się w jakiś martwy punkt.
- Gdzie się przenosisz? –
zapytał w końcu.
- Do małego miasteczka w
Wirginii. Nazywa się Mystic Falls. Ciotka udostępniła mi dom, w którym kiedyś
mieszkała, a w miejskim szpitalu załatwiłam sobie staż – dotknęłam jego dłoni.
– Dam sobie radę, zobaczysz.
Podniósł na mnie wzrok, nie uśmiechając się już.
- Joline, skończyłaś z tym? –
wyrzucił z siebie w końcu, jakby chciał zadać to pytanie już od dawna.
Westchnęłam cicho, cofając dłoń. Wiedziałam,
że to pytanie padnie prędzej czy później.
- Miedzy innymi właśnie
dlatego wyjeżdżam. Chcę znacząc od nowa, z dala od tego całego gówna. Wiem,
wpakowałam się, jednak nie jest tak źle, jakby się mogło wydawać. Nigdy nie
byłam w ciągu. To tylko tak… - zabrakło mi słowa. – Okazyjne – dokończyłam w
końcu.
- Rozumiem. Chociaż wydaje mi
się, że i tak sama nie dasz rady. Myślałaś może…
- Nie, Drue. Dam sobie radę –
przerwałam mu. W zamyśleniu pokiwał głową.
- Mam nadzieję.
Dokończyłam posiłek w milczeniu, tylko raz
na jakoś czas rzucając przelotne spojrzenie na bruneta. Po ostatnim kęsie
wytarłam usta chusteczką.
- Więc ile ci jestem winna? –
zapytałam.
- Żartujesz sobie? –
wykrzyknął chłopak. – Jesteś dzisiaj u mnie gościem, za nic nie będziesz
płacić!
Zabrał brudne naczynia, a ja zaczęłam
zbierać się do wyjścia, pod nieobecności chłopaka wciskając pięćdziesięciodolarowy banknot pod stojak z
chusteczkami.
- Wiesz, będę już uciekać –
stwierdziłam, kiedy chłopak wrócił. – Dość długa droga przede mną, a i tak pewnie
będę musiała się gdzieś zatrzymać na nocleg.
Drue uściskał mnie serdecznie, a mi
przypomniały się momenty w moim życiu, w których to jego ramiona były całym
moim światem.
- Pamiętaj, że możesz dzwonić
o każdej porze dnia i nocy. A gdybyś byłą w Nowym Jorku, to adres znasz –
szeroki uśmiech znów powrócił na jego twarz.
- Jasne. Zobaczysz, wszystko
się jakoś ułoży. I mi i tobie – poklepałam go po ramieniu.
- W takim razie szczęśliwej
drogi.
Odprowadzona wzrokiem chłopaka, wyszłam z
lokalu w znacznie lepszym humorze. Trzeba mi było szczerej rozmowy z kimś, kto
najwyraźniej się o mnie troszczył. Już zapomniałam jakie to uczucie, gdy komuś
na tobie zależy.
Przeszłam się kilkoma uliczkami, a później
moją ulubioną alejką w Central Parku prowadzącą do zoo. Korciło mnie, żeby
wejść do obiektu i zobaczyć foki, które były moimi ulubionymi zwierzętami w tym
przybytku. Jednak odpuściłam sobie. Przysiadłam na trawie pod drzewem,
przyglądając się ludziom. Po alejkach spacerowały matki z dziećmi, ciągnącymi
je w stronę placów zabaw, młodzi zakochani, można też było dostrzec biegacza w
dresie. Każdy z tych ludzi miał własne życie, problemy, pragnienia i tragedie.
Każdy z nich był wyjątkowy i historia każdego z nich zapisze się kiedyś na
ponurych ulicach Nowego Jorku, bo w końcu wszyscy są częścią tego miasta.
Ja także.
Nadal rozmyślając wróciłam do auta i
wyjechałam z parkingu. Miałam nadzieję, ze uda mi się przedrzeć przez miasto i
wyjechać na autostradę jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Był piątek, w dodatku
popołudniowe godziny szczytu. Wszyscy ciągnęli albo z pracy do domu, albo z
domu na weekend za miasto. Korki były murowane.
- Idealny dzień sobie na
przeprowadzkę wybrałaś, Joline – mruknęłam do siebie z sarkazmem i przydepnęłam
gaz.
___________________________________________________
Witajcie! Wiem, notka miała być już dawno, i też już od jakiegoś czasu leży sobie bezpiecznie zapisana na moim komputerze, jednak przez dwa tygodnie od rozpoczęcia wakacji przebywałam poza domem i nijak nie mogłam niczego opublikować. Poza tym rozdział wymagał korekty, której również nie mogłam mu zapewnić. Znaczy się oczywiście poprawiłam wszystkie błędy, które byłam w stanie wyłapać, ale mimo to może pojawić się wiele literówek.
Jeżeli chodzi o jakość, to wydaje mi się, że nie jest najgorzej. Wiem, ze nie tego się spodziewaliście, ale własnie tedy wiedzie droga do opowiedzenia Wam całej wymyślonej przeze mnie historii. Z czasem we wszystkim się połapiecie. ;)
Jestem mile zaskoczona ilością komentarzy pod prologiem. Naprawdę nie sadziłam, że przywitacie tą opowieść w blogosferze z takim entuzjazmem *.*
Aktualny szablon jest tylko tymczasowy. Pobrałam go z Szablonownika z galerii Psychicznej. Nie sądziłam, że znajdę coś takiego, a w tym przypadku nawet napis pasuje!
Z dedykacją dla drogiej Jill ;*
czwartek, 14 czerwca 2012
Prolog
Mistyc Falls, 12 sierpnia 1862 rok.
Ciepły wiatr wyginał złociste łany zbóż,
które, chociaż już dojrzałe, jeszcze nie zostały skoszone. Pod jego podmuchem
przechylały się też korony starych drzew. W powietrzu unosił się słodki zapach
kwiatów, w których wesoło brzęczały pszczoły z pobliskiej pasieki. Promienie
słońca odbijały się w stawiku na tyłach domu.
Stałam na werandzie, patrząc, jak mój
ukochany ładuje na konia swój ekwipunek.
- Naprawdę musisz jechać? –
zapytałam błagalnie, podchodząc do niego. Ubrany w mundur Konfederacji, z
włosami, które rozwiewał wiatr i tymi pięknymi, niebieskimi oczami wyglądał jak
prawdziwy żołnierz. Ktoś taki jak on był chlubą dla mnie i całego Mystic Falls,
lecz wolałabym, by został, taki jak był, niż wyruszał na wojnę by okryć się
chwałą, choć nie wiedział, czy wróci.
Jego usta wygięły się w łagodnym uśmiechu.
Był moim aniołem. Ideałem. Buntownikiem, którego kochałam ponad wszystko.
- Muszę, Lynette. Nie mogę
się teraz wycofać – wyszeptał ze smutkiem w głosie.
Westchnęłam cicho.
Puścił uprząż klaczy i wziął mnie w swoje
silne ramiona. Mocno w niego wtulona, rozszlochałam się. Nigdy nie byłam zbyt
wylewna, jeżeli chodzi o uczucia, ale w takiej chwili nie mogłam powstrzymać
potoku łez. Delikatnie pocałował moje usta. Nie chciałam, żeby mnie opuszczał,
jednak wiedziałam, że już teraz nie było siły na ziemi i w niebie, żeby go przy
sobie zatrzymać. Tak już po prostu musiało być, a ja mogłam tylko to
zaakceptować.
- Kocham cię – szepnął w moje
włosy.
- Ja ciebie również, Damonie.
I zawsze będę.
Złożył pocałunek na moim czole.
Odsunęłam się od niego bardzo niechętnie, po
chwili poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To Giuseppe Salvatore chciał dodać mi
tym gestem otuchy. Wiedziałam, że choć nie zbyt dobrze dogotuje się ze swoim
starszym synem, to i tak bardzo go kocha, i cieszy się, że udało mu się
wychować go na kogoś takiego. Widziałam, jak mężczyźni łapią kontakt wzrokowy i
między ojcem a synem dochodzi do zawarcia jakiejś umowy. Starszy skinął głową.
- Będziemy dobrze się nią
opiekować Damonie, aż do twojego powrotu – zapewnił go ojciec.
- Liczę na to. – chłopak
spojrzał za siebie. Na polnej dróżce odchodzącej od posesji siedzieli na
koniach dwaj jego przyjaciele, oczekując, aż do nich dołączy. – Czas się
zbierać.
Jeszcze raz mocno mnie przytulił.
- Wiem, że to głupie, i
rzewne, ale obiecaj mi, że będziesz nosił to przy sobie. – zdjęłam z szyi
naszyjnik z zawieszką w kształcie pojemniczka w którym znajdował się piasek z
wybrzeża Morza Północneg, na którym wygrawerowana była róża. Zawiesiłam go na
szyi mojego ukochanego, a on szybko schował ją pod mundur.
- Oczywiście, że będę.
Damon wsiadł na konia. Z bronią przewieszoną
przez ramię i w mundurze wyglądał przewspaniale.
- Pamiętaj o mnie. Jedź i
wracaj szybko! – zawołałam. On już przekraczał bramę posiadłości, i po chwili
ruszył polną dróżką wraz z dwoma kompanami, a za nimi roznosiły się nuty
pieśni. Hymnu Południa.
Dwa miesiące później
Siedziałam na ławce przy posesji Salvatore’ów
okryta wełnianym kocem. Chłodny, przenikliwy wiatr rozwiewał pukle moich
włosów, unosząc ze sobą pożółkłe liście spadające z drzew. Deszczowe chmury
unosiły się nad Mystic Falls, zwiastując coś niedobrego. Jesień rozgościła się
już na stałe, a on jeszcze nie wrócił.
Codziennie po kilka godzin przesiadywałam na
tej właśnie ławce, nieraz z książką w ręku, nieraz wpatrując się w horyzont.
Często też przeglądałam prasę, uważnie wyszukując jakichkolwiek informacji o
tym, co dzieje się na froncie. Jednak zawsze moje myśli biegły tylko jednym
torem. O czymkolwiek bym nie myślała, zawsze wracałam do jednego tematu – jego.
Zanim mnie opuścił nigdy nie myślałam, że tak za nim zatęsknię. Że tak się do
niego przywiążę i że tak bardzo go pokocham. Jednak los lubił płatać
niespodzianki. Teraz, gdy był daleko, to co czułam wcześniej wracało do mnie ze
zdwojoną siłą. Bałam się też tego, co mogło nastąpić. Moje najmroczniejsze
obawy wiele razy nawiedzały mnie w koszmarach. Zastanawiałam się też, co stanie
się ze mną, jeśli on nie wróci. Co mi po majątku bez rodziny i wsparcia? Wiedziałam,
że Stefan i jego ojciec zaproponowaliby mi gościnę w swoim domu, jednak nie chciałam
jej nadużywać. Ale czy bez Damona moje życie miałoby sens?
Nie.
Podczas tych godzin moim częstym towarzyszem
był Stefan. Dobry z niego chłopak. Taki prawy, dobrze wychowany, godny
zaufania… Idealnie nadawał się na spadkobiercę majątku Giuseppe. Damon by sobie
z tym nie poradził. Był na to zbyt roztrzepany. Za to Stefan był wręcz
stworzony do tego, by pomagać ludziom. By móc wypłakać się na jego ramieniu.
Często korzystałam z tej opcji. Był dla mnie w tym okresie jak brat.
Powoli zaczął zapadać zmrok.
- On wróci, Lynette. Przecież
ci obiecał. – młodszy Salvatore uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco. –
Powinnaś wejść do domu. Jeszcze się zaziębisz. Chcesz go witać z gorączką?
Bez słowa wykonałam jego polecenie. Weszłam
do salonu, gdzie przysiadłam się do stołu, na którym pan Salvatore właśnie
rozkładał pasjansa. Służąca rozpalała ogień w kominku.
- Damon się nie odzywał? – w
głosie starszego mężczyzny słychać było ojcowską troskę.
- Nie, proszę pana.
Niestety, taka była prawda. Od dawna nie
dostałam od niego żadnego listu, wieści, niczego. Bałam się, że mogło się coś
stać, i miałam wrażenie, że reszta rodziny podzielała moje obawy. Krople
deszczu zaczęły uderzać o dach domu, przerywając ciszę, jaka panowała w salonie.
Nagle do naszych uszu dobiegł odgłos pukania
do drzwi. Nie spodziewaliśmy się o tej porze żadnych gości, dlatego poderwałam
się z krzesła, z zamiarem otwarcia drzwi, lecz ubiegła mnie służąca. Po chwili
do pomieszczenia wpadł mężczyzna, w którym dopiero po chwili rozpoznałam Toma,
przyjaciela Damona. Wyglądał jak siedem nieszczęść, umazany błotem, w
podniszczonym mundurze i z ręką na temblaku.
- Thomasie! – pan Salvatore
również poderwał się od stolika. – Masz jakieś wieści z frontu?
Chłopak przełknął głośno ślinę i dopiero
wtedy zaczął powoli mówić.
- Niestety, nie najlepsze,
ser. – słysząc to, moje serce niemal stanęło, a później zaczęło bić ze zdwojoną
prędkością. – Pana syn został uznany za martwego.
Świat wokół mnie zamigotał.
- Jak to możliwe?! –
podniosłam głos.
- Przykro mi panienko. W
wybuchu zginęło wielu naszych, lecz ciała Damona nie odnaleziono.
- Czyli jest jakaś szansa, że
nic mu się nie stało?- łapałam się złudnej nadziei.
- Raczej nie.
Wszyscy zgromadzeni patrzyli się na mnie.
Twarz Stefana błyszczała od łez, kapiących po jego policzku, natomiast Giuseppe
przybrał nieprzeniknioną maskę, pod którą zawsze ukrywał swój żal i smutek. Ja
czułam się, jakby sens słów Toma do końca do mnie nie dotarł. Wiedziałam, co mi
przekazał, jednak moje ciało nie zareagowało. Stałam tam wpatrzona w martwy
punkt, aż w końcu ruszyłam biegiem po schodach i do swojej sypialni.
Jakby w transie wygrzebałam spod łóżka
pudełko, w którym trzymałam przedmioty, które pragnęłam ukryć przed światem.
Nie dbałam o to, czy ktoś mnie zobaczy, czy ktoś wejdzie do pokoju. Wyjęłam
fiolkę, w której zawarta była esencja mieszanki ziół wywołujących sen.
Zamówiłam ją kiedyś u Pearl, naszej miejscowej aptekarki. Nie dbając o
konsekwencje, wychyliłam flaszeczkę do dna. Gdy poczułam na języku gorzki smak
leku, świat wokół mnie powtórnie zawirował. Położyłam się na łóżku, i czekałam
aż nadejdzie sen. Niczego w tamtej chwili tak nie pragnęłam, jak ciemności,
która w końcu przyszła, porywając mnie ze sobą…
_____________________________________________________________
Co robi Thalia gdy się nudzi? Dodaje notki na bloga. ;>
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że prolog miał być dopiero w wakacje, ale nie mogę się powstrzymać przed opublikowaniem go. Poza tym, jak już wcześniej wspomniałam, strasznie się nudzę. Jestem chora i siedzę w domu, co sprzyja pisaniu opowiadania. ;D
Prolog jak prolog. Krótki. Rozdziały będą znacznie dłuższe. Poza tym większość akcji dzieje się w dwudziestym pierwszym wieku, więc nie przyzwyczajajcie się do panów S. jako ludzi, chociaż musicie wiedzieć, że w tym opowiadaniu będzie więcej ich człowieczeństwa, niż gdziekolwiek indziej ^^
Teraz już na poważnie, rozdziały dopiero w wakacje. Postaram się je dodawać raz na dwa tygodnie. to mniej więcej tyle, ile jestem w stanie napisać, a wy przeczytać w takim czasie.
Pewnie znajdziecie jakieś błędy, lecz mam nadzieję, że nie będzie ich za wiele.
Krytyki też się nie boję, ale przyjmuję tylko tę konstruktywną.
No dobra, dosyć tego ględzenia, aktualności znajdziecie w ramce po prawej ;>
Całuski! ;***
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Wstęp
Może zacznę od tego, ze niedawno przeniosłam się z onetu, dlatego moje obeznanie się z tym portalem jest nikłe, więc nie miejcie do mnie pretensji o drobne usterki w grafice czy notkach. Ciągle się uczę i oswajam ;)
Nie jest to mój pierwszy blog, pisałam już wiele opowiadań i publikowałam je, lecz tymczasowo działają tylko ten i All we wanted.
W wakacje zacznę tutaj publikować opowiadanie. Fan fiction na podstawie TVD, ale ci, którzy już mnie znają, wiedzą, że lubię pisać luźno, także nie spodziewajcie się że wydarzenia z opowiadania będą zgodne z tym, co aktualnie dzieje się w serialu. Nie będę się tego trzymała. Jeszcze nie wiem, w którym momencie wprowadzę moją bohaterkę w życie mieszkańców Mystic Falls, wszytko okaże się przy pisaniu. Cóż, zobaczymy, co mi z tego wszystkiego wyjdzie.
Pewnie zastanawiacie się, po co założyłam bloga teraz, skoro chce publikować coś dopiero w wakacje? Cóż, prawda jest taka, ze sama tego nie wiem. Jakoś tak dzisiaj wpadłam na pomysł, żeby założyć bloga teraz, zaraz, pobawić się trochę grafiką, ogarnąć ustawienia... Nic się nie stanie, jak stronka postoi pusta przez miesiąc, co nie? A tymczasem ja pouzupełniam zakładki, może napiszę kilka rozdziałów na zaś. Wiecie, jak to jest.
Jeśli macie jakieś uwagi, propozycje, śmiało piszcie. SPAM tylko w wyznaczonym na to miejscu, a jeżeli chcecie, bym odwiedziła wasze blogi, należy zostawić do niego linka, ale tylko z komentarzem tyczącym się mojego bloga. Wiadomości typu "Hej, super blog, wpadnij do mnie! link" będą traktowane jak SPAM.
Cóż, to chyba wszystko. W razie czego, zostawiam swoje gg i e-mail w zakładce z kontaktami.
Całuski! ;**
Nie jest to mój pierwszy blog, pisałam już wiele opowiadań i publikowałam je, lecz tymczasowo działają tylko ten i All we wanted.
W wakacje zacznę tutaj publikować opowiadanie. Fan fiction na podstawie TVD, ale ci, którzy już mnie znają, wiedzą, że lubię pisać luźno, także nie spodziewajcie się że wydarzenia z opowiadania będą zgodne z tym, co aktualnie dzieje się w serialu. Nie będę się tego trzymała. Jeszcze nie wiem, w którym momencie wprowadzę moją bohaterkę w życie mieszkańców Mystic Falls, wszytko okaże się przy pisaniu. Cóż, zobaczymy, co mi z tego wszystkiego wyjdzie.
Pewnie zastanawiacie się, po co założyłam bloga teraz, skoro chce publikować coś dopiero w wakacje? Cóż, prawda jest taka, ze sama tego nie wiem. Jakoś tak dzisiaj wpadłam na pomysł, żeby założyć bloga teraz, zaraz, pobawić się trochę grafiką, ogarnąć ustawienia... Nic się nie stanie, jak stronka postoi pusta przez miesiąc, co nie? A tymczasem ja pouzupełniam zakładki, może napiszę kilka rozdziałów na zaś. Wiecie, jak to jest.
Jeśli macie jakieś uwagi, propozycje, śmiało piszcie. SPAM tylko w wyznaczonym na to miejscu, a jeżeli chcecie, bym odwiedziła wasze blogi, należy zostawić do niego linka, ale tylko z komentarzem tyczącym się mojego bloga. Wiadomości typu "Hej, super blog, wpadnij do mnie! link" będą traktowane jak SPAM.
Cóż, to chyba wszystko. W razie czego, zostawiam swoje gg i e-mail w zakładce z kontaktami.
Całuski! ;**
Subskrybuj:
Posty (Atom)