czwartek, 13 czerwca 2013

co ja tutaj robię? jedno wielkie WTF?!

jak w tytule.
nie mam zielonego pojęcia, co zagoniło mnie aż tutaj, na potworne kraniec internetu z czasów, kiedy to jeszcze zdarzało mi się pisywać coś sensownego. nie pytajcie. pewnie nawet nikt już tu nie zagląda. ale jakby co, gdyby jakiś weteran się uchował, daję jasno do zrozumienia, że założyłam nowego bloga. nie wiem, co z tego wyniknie, może będzie on sobie od tak, po prostu żeby być i żebym mogła raz na jakiś czas wrzucić na niego jakiś bezsensowny tekst, ale będzie, a chyba właśnie to się liczy.
whatever.
cat-eater (świeżutki, jeszcze ciepły)
your-turn-to-die (wstrzymany, zawieszony... właściwie nie wiem, co z nim)

xoxo Pożeracz/Thalia

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Koniec

   Jak sam tytuł wskazuje, to koniec. Definitywny i ostateczny koniec tego bloga, i mojej blogowej kariery. Czy koniec tego opowiadania? Nie wiem, pewnie nie. Dokończę je dla własnej satysfakcji, kiedyś tam w przyszłości.
   Dlaczego odchodzę? Po prostu straciłam chęci, przestałam odnajdywać się w wirtualnym świecie. Wśród Was, wspaniałych pisarzy, z których wielu pewnie kiedyś doczeka się wydania własnej książki, byłam zwykłą szarą myszką, nie wyróżniająca się właściwie niczym. Publikowałam swoje opowiadania, bo sprawiało mi to przyjemność, a kiedy przestało, jaki sens ma ciągnięcie tego dalej? Żaden.
   Może kiedyś powrócę pod innym nickiem, zacznę to wszystko od początku, ale teraz potrzebuję odpoczynku od świata, który sama w pewnej części budowałam i wspaniałej blogowej społeczności. Cieszę się, że  z czasem, który tu poświęciłam przybywały również nowe znajomości, a niektóre z nich być może uda mi się zachować.
   Dziękuję Wam za każdą chwilę spędzoną na każdym z moich licznych blogów oraz za wszystkie rozmowy. Będzie mi tego brakowało, ale trzeba ruszyć dalej. ;)
   Może mi się odmieni i za kilka miesięcy wrócę tutaj, bo, jak to mówią, kobieta zmienną jest, ale chciałabym tego uniknąć.
Cóż więcej mogę napisać? Życzę Wam powodzenia w dalszym pisaniu!
Całuski, po raz ostatni Wasza Thalia ;**

piątek, 27 lipca 2012

Rozdział 2 "Was it A Dream?"





   Po trzech godzinach przeciskania się bocznymi uliczkami i stania w korkach wreszcie udało mi się wyjechać na przedmieścia, gdzie ruch był znacznie mniejszy. Otworzyłam okna od strony pasażera i kierowcy, robiąc przyjemny przeciąg, który rozwiewał moje włosy, czasami wpychając jeden z kosmyków do oka, co drażniło mnie niemiłosiernie. Pogoda była całkiem przyjemna, jak na koniec października. Chociaż pożółkłe liście zaczęły już opadać z drzew, to od strony morza wiała ciepła bryza. Zjeżdżając na autostradę pozwoliłam sobie na mocniejsze przydepnięcie gazu, choć w mojej głowie pojawiło się pełno obaw.
   Właśnie na tej drodze, zupełnie niedaleko zdarzył się wypadek, który wstrząsnął moim życiem. Nieco ponad dwa miesiące temu, w sam środek wakacji moi rodzice wraz z Sophie wracali z jednodniowej wycieczki na Long Island. Nie chciałam z nimi jechać,  wolałam pozostać w Nowym Jorku, spotkać się ze znajomymi, lub po prostu posiedzieć w samotności. Wyszłam z kilkoma koleżankami z roku do klubu w hotelu Plaza, by się rozluźnić. Byłam już lekko wstawiona, kiedy dostałam z policji telefon. Poinformowali mnie, że moi rodzice mieli wypadek. W ich auto uderzył tir, naczepa się oderwała i zgniotła samochód. Winę za wypadek poniósł kierowca tira, który stracił panowanie nad pojazdem. Rodzice zginęli na miejscu, natomiast siostra w ciężkim stanie została przewieziona do pobliskiego szpitala. Byłam w ogromnym szoku, ale mimo to błyskawicznie udało mi się złapać taksówkę i dostać do wskazanego przez policję miejsca. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym wpatrywałam się w okryte szpitalnym strojem i cienką białą kołdrą ciało Sophie. Jej twarz była cała w siniakach, usta przykryte maską dostarczającą tlen, a z nosa wystawały dwie rurki. W zagięcie w łokciu na prawej ręce miałam werflon. Dookoła słychać było tylko pikanie narzędzi utrzymujących pracę serca mojej siostry, a później już nic. Martwa cisza. Martwa jak ona i jak moje serce. Tamtej nocy straciłam nie tylko wszystkich bliskich mi ludzi, ale i całą pasję do zawodu, w którym chciałam pracować od najmłodszych lat. Znienawidziłam wszystkich lekarzy, ponieważ nie mogli uratować jej, lecz w głębi duszy bałam się, że kiedyś przyjdzie moment w którym stanę na miejscu któregoś z nich.
   Przez następne miesiące byłam otępiała. Straciłam kontakt z przyjaciółmi i rodziną. Pogrzeb i proces sądowy pamiętam jak przez mgłę, tylko urywane sceny, kondolencje, łzy. Jeszcze bardziej zamknęłam się w sobie i swoich nałogach. Całe dnie spędzałam w domu, pijąc hektolitry kawy i paląc papierosa za papierosem. Nieraz nawet dołączały do nich skręty, chociaż już wcześniej obiecałam sobie z tym skończyć. Byłam bezsilna, bezradna. Otaczający mnie świat przestał mieć dla mnie jakikolwiek sens, liczył się tylko ból, który czułam i przerażająca, wciąż narastająca pustka. W dodatku sny, które wiele razy nie pozwalały mi ponownie zasnąć. Kim Ona była? Dlaczego śniła się właśnie mnie? Co chciała osiągnąć? A może to mój  chory, przepełniony żalem umysł płatał mi takie figle? Moja urojona podświadomość wymyśliła sobie postać która nawiedzała mnie w snach. Lepiej już być nie może.
   Podjęłam wiele decyzji. Postanowiłam, że najlepszym rozwiązaniem będzie przerwanie studiów i przeprowadzka. Następnego dnia złożyłam na uczelni potrzebne papiery, wcześniej informując Ashleen, jedną z koleżanek ze studiów o moich zamiarach. Nie chciałam po prostu znikać, zostawiając za sobą same niewiadome, chciałam się komuś wygadać. Wyszło na to, że dziewczyna była pierwszą od kilku miesięcy osobą, z którą rozmawiałam.
   Na następne dni znów zamknęłam się w sobie, nie wpuszczając do mojego otoczonego murem świata nikogo. Moją ponurą egzystencje przerwał dopiero telefon od ciotki Laury, bratowej mojego ojca, która mieszkała w San Francisco. Przyjechała do Nowego Jorku i poprosiła mnie o spotkanie. Bardzo niechętnie zgodziłam się z nią zobaczyć w kameralnej kawiarence na Manhattanie. Długo rozmawiałyśmy. Przeprosiła, że nie mogła przybyć na pogrzeb moich rodziców, po czym wręczyła pęk kluczy. Wytłumaczyła, że jeżeli chcę się stąd wynieść, to najlepiej do spokojnego miejsca. Zaproponowała mi pobyt w domu w Mystic Falls. Kiedyś przez długi czas tam mieszkała, a później przeniosła się do Kalifornii, lecz dom od tego czasu stał pusty. Z chęcią przystałam na jej propozycję. W końcu tego szukałam, prawda? Możliwości wyrwania się z tego ponurego świata, odpoczynku od rzeczywistości. Podziękowałam jej za rozmowę i pomoc, po czy wymieniłyśmy się numerami telefonów i każda poszła w swoja stronę. Kilka dni później dostałam maila, w którym znajdowały się dane dotyczące położenia miasteczka i domu. Wydrukowałam z Internetu mapę, spakowałam się i już po kilku dniach byłam gotowa do drogi. Wielką niespodzianką było dla mnie to, że ciotka pomogła mi również w załatwianiu stażu. Broniłam się przed szpitalem rękami i nogami, jednak był to jedyny zawód, w którym jakoś się odnajdywałam, więc w końcu zgodziłam się na wszystko. Z niecierpliwością wyczekiwałam dnia, który wybrałam na przeprowadzkę. Na początek nowego życia, które miało mi przynieść ukojenie po stracie.
   Aż w końcu dzień nadszedł, a ja właśnie siedziałam za kierownicą Land Rovera jadącego w kierunku Wirginii.
    Westchnęłam głęboko, wyrywając się tym samym z zamyślenia. Ostatnie promienie zachodzącego słońca rzucały cienie na moje dłonie spoczywające na kierownicy. Wyciągnęłam ze schowka paczkę papierosów i odpaliłam jednego od samochodowej zapalniczki. Zaciągnęłam się głęboko dymem, tak jak lubiłam, po czym wypuściłam go ustami.* Włączyłam radio, starając się złapać jakąś stacje grającą rocka lub bluesa, lecz mi to nie wyszło. Zdesperowana, przegrzebałam schowek od strony pasażera.. Ciągle patrząc na drogę, na chybił trafił wybrałam jedno z opakowań. Trafiło na drugi album Marsów, A Beautiful Lie. Fart. Była to moja ulubiona płyta tego zespołu. Od razu wsadziłam ją do odtwarzacza, rzucając pudełko na siedzenie pasażera. Wybrałam swój ulubiony utwór, który zawsze dawał ukojenie moim zmysłom i zaczęłam śpiewać wraz z wokalistom.
Was it a dream?
Was it a dream?
Is this the only evidence that proves it
A photograph of you and I.**
   Jared zakończył piosenkę nieco zachrypniętym głosem, po czym zabrzmiały ostatnie akordy gitary, a w moich oczach pojawiły się łzy. Czy to był sen? Pragnęłam, by to wszystko okazało się tylko koszmarem. Obudzić się, i zobaczyć, że wszystko jest tak jak przedtem, tak jak powinno – piękne, choć nieosiągalne marzenie.
   Zatrzymałam płytę, po czym wróciłam do radia. Wolałam słuchać tego, co tam leciało, niż psuć sobie i tak podły humor piosenkami przepełnionymi wspomnieniami. Przez chwilę bawiłam się regulatorem głośności, aż ustawiłam wszystko idealnie. Przez otwarte okno wyrzuciłam niedopałek, po którym pozostał już sam filtr i włączyłam nawiew, by pozbyć się z auta smrodu tytoniu.  
   Kilka godzin po zapadnięciu zmroku zjechałam z autostrady. Oczy same mi się zamykały, być może dlatego, że ubiegłej nocy źle spałam. Kawa, którą wypiłam w jednym z zajazdów już dawno przestała działać, więc nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko zatrzymać się na nocleg. Od początku obawiałam się, że nie będę w stanie jechać przez całą noc, ale nie sądziłam, że padnę tak szybko.
   Wjechałam na parking oświetlonego bożonarodzeniowymi lampkami motelu. Wyglądał na dość przytulne miejsce, ale biorąc pod uwagę to, że było ciemno, niewiele widziałam. Zabrałam ze sobą tylko podręczną torbę z małą kosmetyczką, ubraniami na zmianę i kilkoma innymi drobiazgami.
   W holu przywitała mnie ruda recepcjonistka w średnim wieku, wyglądająca na niezbyt zadowoloną z tego, ze musi siedzieć po nocach i przyjmować gości.
- W czymś pomóc? – zapytała.
   Ruszyłam po drewnianej, skrzypiącej podłodze w jej stronę, rozglądając się dookoła. Ściany były pomalowane na brązowy kolor, a niewielka ilość mebli, ograniczająca się jedynie do wielkiej, zamszowej kanapy i małego stolika sprawiały dość surowe wrażenie. Mogło być gorzej.
- Tak, proszę o pokój z łazienką na jedną noc – mruknęłam sennie, tłumiąc ziewnięcie.
- Jednoosobowy? – zapytała kobieta bez cienia uśmiechu.
- Tak.
   Podała mi kluczyk z numerkiem.
- Pierwsze piętro, trafi pani bez problemu – odwróciła się ode mnie z miną świadczącą o tym, że mogę już sobie iść, i wróciła do przeglądania gazety.
   Chciałam ją jeszcze zapytać o bar, ale postanowiłam poszukać go na własną rękę, gdyż kobieta wydawała się być niezbyt przychylnie do mnie nastawiona. Wbiegłam po schodach, bawiąc się breloczkiem przy kluczyku. Kobieta miała rację, znalezienie pokoju nie sprawiło mi problemu, gdyż na pierwszym piętrze było ich zaledwie dwadzieścia. Przekręciłam kluczyk w drzwiach z numerem osiemnaście, które pod naporem mojego ciała ustąpiły. Weszłam do środka i włączyłam światło.
   Wnętrze nie było imponujące, lecz czego innego mogłam się spodziewać po tanim motelu? Pokój był wyłożony drewnianymi panelami w kolorze jasnego beżu, zawierał sporych rozmiarów łóżko zasłane białą pościelą, niewielką szafę, toaletkę z lusterkiem i pufą, stolik, dwa krzesła i okno. Meble miały kolor podłogi, a na bladoniebieskiej ścianie wisiał obraz jeźdźca bez głowy. Od razu zaciągnęłam roletę i rzuciwszy torbę na łóżko udałam się na zwiedzanie łazienki. Tu również szału nie było. Kabina prysznicowa, umywalka z lusterkiem i toaleta stanowiły całe wyposażenie.
   Podłączyłam do ładowarki wyjęty z kieszeni dżinsów telefon. Bateria padła mi w trakcie drogi, więc przed resztą podróży koniecznie musiałam ją naładować. Poczekałam, aż bateria się nieco podładuje po czym włączyłam go. Czekały na mnie dwa nieodebrane połączenia oraz wiadomość. Najpierw postanowiłam oddzwonić do ciotki Laury. Usłyszałam dwa sygnały, zanim w końcu ktoś podniósł słuchawkę.
- Joline, słońce, wszystko w porządku? – zabrzmiał zatroskany głos ciotki.
- Tak. Wybacz, że wcześniej nie odebrałam, prowadziłam auto, a bateria w telefonie mi padła – wytłumaczyłam.
- Nic się nie stało. Jesteś już na miejscu? Jak minęła podróż?
- Jeszcze nie minęła, ciociu. Jestem jakoś w połowie drogi, zatrzymałam się na noc w motelu, żeby się przespać. Po wyjeździe z Nowego Jorku ruch jest raczej umiarkowany, więc nie jest tak źle.
- W takim razie dobrze, pewnie jesteś zmęczona, więc ci nie przeszkadzam. Jak dojedziesz, to koniecznie do mnie zadzwoń.
   Uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc słowo „zmęczona”. Byłabym w stanie zasnąć na stojąco, gdyby nie strach przed koszmarem.
- Obiecuje zadzwonić, dobranoc – rozłączyłam się.
   Laura była moją jedyną bliższą rodziną, jaka mi została, dlatego postanowiłam dbać o kontakt z nią, jednak często mnie irytowała. Kiedy byłam młodsza spędzałam u niej i wujka kilka tygodni w wakacje, jednak później Logan zmarł, co bardzo odbiło się na psychice ciotki. Przez jakiś czas niemal ze sobą nie rozmawiałyśmy i nie spodziewałam się, że wyciągnie do mnie pomocną dłoń, kiedy cały świat zdawał się ode mnie odwrócić.
   Wyciągnęłam z torby wszystkie potrzebne rzeczy i udałam się do łazienki. Zrzuciłam z siebie wierzchnie odzienie, a poplamioną kawą koszulę od razu rzuciłam na podłogę. Pozostając jedynie w bieliźnie przyjrzałam się dokładnie mojemu odbiciu w lustrze.
   Nigdy nie byłam żadnym wyjątkowym okazem piękności, ale teraz wyglądałam znacznie gorzej. Przez ostatnie tygodnie bardzo straciłam na wadze tak, że teraz mogłam policzyć wszystkie wystające żebra. Szczupłe, wręcz kościste ramiona stały się blade, ponieważ ostatnimi tygodniami nie tylko unikałam towarzystwa, ale i wychodzenia z domu. Fiołkowe oczy straciły swój dawny blask, którego miejsce zajęła ziejąca z nich pustka. Dodatkowo w zagięciu na lewym łokciu widniały małe blizny – pamiątki po wkłuwających się strzykawkach.
   Ściągnęłam resztki odzieży, po czym weszłam pod gorący strumień wody. Pozwoliłam, by zmył ze mnie cały żal i nienawiść do świata za to, co się stało. Namydliłam ciało miodowym żelem pod prysznic, po czym spłukałam wszystko. Nawet nie zauważyłam, kiedy po moich policzkach zaczęły ściekać słone łzy, które mieszając się z wodą i tuszem do rzęs, spadały do odpływu. Osunęłam się po chłodnych kafelkach i usiadłam w brodziku, oddając się rozpaczy. Szum wody zagłuszał mój szloch. Pozostałam w tej samej pozycji, dopóki gorąca ciecz zmieniła się w letnią, a potem zimną. Dopiero wtedy wyszłam, okrywając się białym, puchatym ręcznikiem. Wytarłam się nim dokładnie i nałożyłam na siebie prowizoryczną piżamę składającą się z za dużej koszulki z napisem „I love New York” i spodni od dresu. Związałam włosy w luźnego koka, i po zmyciu z twarzy resztek makijażu i wyczyszczeniu zębów wróciłam do pokoju.
   Rzuciłam się na łóżko i zakopałam w miękkiej pościeli, pachnącej proszkiem do prania. Po chwili jednak wstałam i wyjęłam z torby paczkę Cameli. Zapaliłam jednego, po czym otworzyłam na oścież okno. Chłodne wieczorne powietrze otoczyło moją twarz, co przyniosło mi swego rodzaju ulgę. Zaciągając się tytoniowym dymem, rozsiadłam się na szerokim parapecie, który pod moim ciężarem zatrzeszczał złowrogo, jakby miał się za chwilę zawalić. Zamiast się tym przejąć, oparłam głowę o ramę okna, wdychając specyficzną mieszankę tytoniu, spalin i kwiatów rosnących w doniczkach przy wejściu. Do moich uszu dobiegały dźwięki przejeżdżających aut i głośnej muzyki oraz śmiechu dochodzących z baru znajdującego się gdzieś w dolnych kondygnacjach budynku. W mroku nocy z okna widać było tylko kawałek oświetlonego podjazdu, oraz w oddali światła autostrady, cała reszta spowita była ciemnością.
   Robiłam wszystko, żeby tylko odwlec sen. Nie wiedziałam, czego się bałam. Tego, że Ona znów pojawi się w moich snach? W sumie, nic takiego mi nie robiła. Po prostu była, i to najbardziej mnie przerażało. Dlaczego koszmar się powtarzał? A może bałam się natłoku myśli, które poprzedzały moment zaśnięcia? Zawsze wtedy myślałam o wypadku. O tym, co by było, gdybym pojechała z nimi, albo zwyczajnie namówiła do pozostania w domu. Może by mnie posłuchali? A może i tak postawili na swoim, nie przejmując się moim marudzeniem?
   Strzepnęłam resztki popiołu na zewnątrz, tym samym zagaszając papierosa. Zbyt wiele wątpliwości mnie nachodziło. Czy aby na pewno robiłam dobrze, opuszczając Nowy Jork? Zastanawiałam się, co mnie spotka, jeżeli ruszę w nieznane. Może mimo wszystko uda mi się odmienić swoje życie, skończyć z nałogami, wszystko naprawić… A potem wrócić jako zupełnie inna osoba.
   Z powrotem zamknęłam okno i zaciągnęłam roletę. Z wahaniem zgasiłam światło, po czym ułożyłam się w wygodnej pozycji. Od razu moje powieki opadły, a sama udałam się w podróż do krainy Morfeusza.

   Biegłam co sił w nogach przez leśną polanę, co chwila zahaczając długą sukienką o wysoką trawę.   Długie jasne włosy, w które zostały wplecione jedwabne wstążki powiewały za mną, niczym peleryna, a dookoła unosił się mój śmiech, niesiony echem w czeluście lasu. Pogoda była wręcz wymarzona, by spędzić niedzielne popołudnie na świeżym powietrzu. Słońce znajdowało się wysoko na niebie, było ciepło, a od południa wiał lekki, przyjemny wiatr.
   Wreszcie dotarłam do linii drzew, potykając się przy tym. Zebrałam fałdy sukni w ręce i nie zważając na złowrogie odgłosy dobiegające z miejsca do którego zdążałam, pobiegłam dalej. Chociaż dzień trwał w najlepsze, w lesie było prawie całkiem ciemno. Wysokie liściaste drzewa broniły słońcu dostęp do jego czeluści, tylko w nielicznych miejscach pojedyncze promienie oświetlały ściółkę leśną. Drzewa rozłożone były dość rzadko, jednak wszędzie wystawały korzenie, uniemożliwiające szybszy bieg. Nie słyszałam za sobą kroków, co odrobinę mnie zaniepokoiło, lecz nie na tyle, by przerwać i zawrócić.
   Nagle ktoś silnie przyszpilił mnie do drzewa, zasłaniając usta dłonią. Moje serce na kilka sekund stanęło, po czym znów zaczęło bić, gdy okazało się, że nie było się czego bać.
- Szybka jesteś – zamruczał ciemnowłosy chłopak, zdejmując dłoń z moich ust, jednak nadal trwał przytrzymując mnie przy grubym konarze. – Niełatwo było cię złapać.
   Zaśmiałam się, spoglądając w jego błękitne tęczówki, w których czaiły się figlarne iskierki.
- Trzeba było częściej trenować biegi.
   Zlustrowałam go wzrokiem od góry do dołu, lekko go od siebie odpychając. Jego policzki były rumiane, a spodnie poplamione trawą na kolanie.
- Ty za to wyglądasz, jakbyś się wcale nie zmęczyła – nadrobił te kilkanaście centymetrów, które udało mi się przed chwilą uzyskać, przysuwając się do mnie stanowczo za blisko.
- Cud pudru do twarzy.
   Chłopak szybko pocałował mnie w policzek, jakby bał się, że za chwilę się od niego odsunę. I tak nie miałam gdzie, więc jego obawy nie miały podstaw.
- Nie na zbyt wiele sobie pan pozwala, panie Salvatore? – mówiąc to, figlarnie się do niego uśmiechnęłam.
- Nie, jeżeli nie ma pani nic przeciwko, panno Evenes.
   Tym razem musnął swoimi ciepłymi wargami moje usta. Chciałam szepnąć, że nie mam nic przeciwko, jednak uznałam, że to nie najlepsze rozwiązanie. Wyrwałam się z jego delikatnego uścisku.
- Złap mnie, jeżeli chcesz się przekonać! – zawołałam, pędząc w las. Świadomość, że jest podąża za mną dodawała mi skrzydeł.


   Zerwałam się z łóżka, słysząc dźwięk telefonu. Wyjęłam go spod poduszki i spojrzałam na wyświetlacz. „Bateria naładowana” głosił komunikat wyświetlony na ekranie. Z westchnieniem odłączyłam kabelek i z powrotem zakopałam się w pościel, lecz bez zamiaru zaśnięcia.
   W głowie wciąż miałam obrazy ze snu. Znów byłam Nią. Tym razem sceneria mary się zmieniła. Już nie była to scena pożegnania, a raczej fragment szczęśliwego życia. Gonitwa pary zakochanych po łące i lesie. Wiedziałam, że naprawdę kocha tego mężczyznę.  Czułam to całą sobą, gdy znajdowałam się w Jej ciele. Nawet po przebudzeniu czułam się, jakby postać ze snów odbiła jakieś piętno na  mojej psychice za każdym razem gdy stawałam się Nią. Nie umiałam opisać targających Nią – i mną- emocji.  
   Do pokoju przez rolety wpadały promienie jasnego światła poranka. Nie miałam najmniejszej ochoty wstawać i ruszać w dalszą drogę, ale cóż mogłam poradzić?
Maszyna poszła w ruch, Joline, teraz już nie możesz jej zatrzymać i zawrócić – mówiłam do siebie w myślach, niechętnie wstając z łóżka.
   Udałam się do łazienki i po szybkim, orzeźwiającym prysznicu nałożyłam na siebie granatowy top i dżinsy, które miałam na sobie poprzedniego dnia. Nałożyłam na twarz delikatny makijaż i po zapakowaniu wszystkich rzeczy do torby oraz uporządkowaniu nieco pokoju opuściłam go, zamykając drzwi na klucz.
   Zbiegając schodami w dół, zerknęłam na wyświetlacz telefonu. Dopiero dochodziła ósma rano, ale mimo to miałam nadzieję, że zastanę bar otwarty, gdyż nie jadłam nic od tortilli u Drue i mój żołądek domagał się śniadania. Kobieta, która teraz stała przy recepcji uśmiechnęła się do mnie radośnie. Wyglądała mi na studentkę nie starszą niż dwadzieścia pięć lat, więc ja również się do niej uśmiechnęłam. Oddałam jej kluczyk i zapłaciłam za nocleg. Bez problemu odnalazłam bar, który na moje szczęście był otwarty. Po zjedzeniu hamburgera i wypiciu dwóch filiżanek mocnej kawy i zabraniu jednego cappuccino na wynos w papierowym kubeczku, wróciłam do auta. Słońce świeciło mi prosto w oczy, wiec włożyłam przeciwsłoneczne okulary i włączywszy klimatyzację wróciłam na autostradę w znacznie lepszym nastroju niż poprzedniego dnia.
   Dobierałam muzykę, usilnie ignorując domagający się mojej uwagi album A Beautiful Lie nadal leżący na siedzeniu pasażera. W końcu stanęło na More Than a Feeling  grupy Boston. Radośnie wtórując wokaliście przy tytułowym utworze  jechałam kilka godzin, nie zmieniając muzyki.
   Zjechałam z autostrady na drogę z ogromnym znakiem „Welcome to the Virginia”, czując na plecach przyjemny dreszczyk podniecenia.
- It's more than a feeling! When I hear that old song they used to play! I begin dreaming 'till I see Marianne walk awal!*** - wydarłam się na cały głos.

---------------------------------------------------------------------------------
* W USA palenie papierosów podczas jazdy jest karane grzywną lub wiezieniem, lecz nasza bohaterka sie tym nie przejmuje, jak widać. 
* *„Czy to był sen? Czy to był sen? Czy to jedyny dowód, który to potwierdza? - fotografia, na niej ty i ja.”  - fragment piosenki 30 Seconds to Mars – Was it a Dream, od której pochodzi tytuł rozdziału.
** *„Więc to jest więcej niż uczucie! Kiedy słyszę tą starą piosenkę którą niegdyś grali i zaczynam śnić aż zobaczę Annę Marię odchodzącą.” – fragment piosenki Boston – More Than a Feeling, wykorzystanej jako drugi podkład do rozdziału.


_______________________________________________________________



I jak, nie pomarliście tam z nudów? Mam nadzieję, że jednak nie jest tak źle, jak mi się wydaje. Z długości jestem zadowolona, z treści trochę mniej, ale to Wam pozostawiam ostateczną opinię, jak zawsze z resztą. Są dwa podkłady, i radzę zmieniać muzykę w miejscu, w którym to zaznaczyłam, wtedy jest lepszy efekt.

30 lipca wyjeżdżam i wrócę dopiero 8 sierpnia, dlatego przez najbliższe dwa tygodnie raczej nic nie opublikuję. zaległości postaram sobie nie robić, ale więcej o tym wspomnę przed samym wyjazdem w ramce po prawej.

Z dedykacją dla mojej złej bliźniaczki, Zacnego Psychopaty, na której to blog chciałabym Was serdecznie zaprosić <link>.

Nie przedłużając, życzę miłych wakacji! ;**

wtorek, 17 lipca 2012

Rozdział 1 "Wake me up!"



   Wiatr, delikatny podmuch unosi włosy. Słońce, ogrzewa moje ciało. Słone krople spływają po policzku, zostawiając za sobą mokre ślady. Silne ramiona obejmują mnie jeszcze ten jeden, ostatni raz…
 - Kocham cię, Lynette.
- Ja ciebie również. I zawsze już będę.
   I znów łzy. Wiele, wiele łez. Rozpacz.

   Zerwałam się z łóżka cała roztrzęsiona, porywając ze sobą kołdrę i zawinięty w niej porcelanowy kubek, który z trzaskiem rozbił się o podłogę. Starałam się oddychać głęboko, lecz nie za bardzo mi to wychodziło. Mój oddech wciąż był płytki i urywany, jak po długim biegu.
   Płakałam. Zasypiałam ze łzami w oczach i z nimi się budziłam. Może taki już mój los? Ubolewanie nad przeszłością, zatracanie się w tym co było, aż w końcu zniknie rzeczywistość i będzie tylko kiedyś, żadnego teraz? Bałam się tego. Co za paradoks! Przerażała mnie perspektywa samotności, lecz mimo to ciągle byłam sama. Dwa miesiące temu mój stan osiągnął poziom krytyczny.
   Do tego te sny. Koszmary, w których nie byłam sobą, tylko Nią, kimkolwiek była. Nie umiałam nad tym zapanować.  Od kilku miesięcy, gdy zamykałam oczy, w mojej głowie pojawiał się Jej obraz. Młoda, drobna kobieta o brzoskwiniowej cerze, jasnych włosach, zawsze nienagannie upiętych, przenikliwych oczach w kolorze fiołków, ubrana w suknię z gorsetem. Ideał, piękność. W śnie zawsze byłam Nią. Czułam, to co Ona czuła, widziałam Jej oczami. Widziałam piękny ogród przy uroczym, dziewiętnastowiecznym dworku. Widziałam mężczyznę, którego kochała. Jego twarz zawsze zasłaniała mgła, lub to ja po przebudzeniu nie umiałam sobie jej przypomnieć. Nienawidziłam tych nocnych mar. Nie było w nich nic strasznego, aczkolwiek, gdy podobny sen powtarzał się którąś noc z rzędu zaczynał mnie męczyć i co gorsza przerażać.
   Doszłam do łazienki, gdzie opłukałam twarz zimną wodą. Tego mi było trzeba. Doprowadzając się do porządku, powoli zapominałam o natrętnym śnie. Włożyłam na siebie dżinsy i czarno-białą  koszulę w kratkę. Długie do łopatek czarne włosy związałam w koński ogon, lecz po chwili namysłu znów je rozpuściłam. Nałożyłam na twarz makijaż. Korektor na sińce pod oczami, czarna kredka, tusz do rzęs, i tyle.
   Prowizoryczną piżamę wrzuciłam do jeszcze nie dopiętej walizki. Reszta rzeczy, które miałam ze sobą zabrać czekały już w wozie zapakowane w kartonowe pudełka.  
   Zapalając papierosa, rozejrzałam się raz jeszcze po sypialni rodziców, w której sypiałam przez ostatnie dwa miesiące. Głównie dzięki mnie wszędzie walały się teraz kubki, talerze, gazety, butelki i pety. Nie zadałam sobie nawet trudu, by posprzątać zbitą porcelanę. Po co? To i tak nie miało sensu. Niedługo sprzedam to mieszkanie ze wszystkim bezwartościowymi gratami, jakie się w nim znajdują.
   Z błogością zaciągnęłam się fajką. Zastanawiałam się, jak oni mogli mnie tak zostawić? Samą, w tym wielkim świecie? Dlaczego nie mogłam umrzeć razem z nimi? To mnie bolało najbardziej. Uczucie pustki. Teraz wreszcie wiem, jak to jest stracić wszystko, co kochałam. Co mi po pieniądzach, jakie mi zostały? Bez miłości nic nie ma sensu.
   Pozbierałam jeszcze ostatnie drobiazgi, po czym zamknęłam torbę. Zagasiłam peta w pustej szklance z resztką jakiegoś płynu i wyszłam. Przeszłam się jeszcze jeden, ostatni raz po apartamencie. Wszędzie panował artystyczny nieład. Kuchnia, salon, mój pokój.
   Zatrzymałam się na chwilę w pokoju Sophie. Bladożółte ściany poobklejane fotografiami i plakatami wydawały się dziwnie wyblakłe. Łóżko było zasłane białą pościelą, w oknie wisiały kremowe firanki, a na krześle leżała śliczna, niebieska sukienka, którą moja siostra miała ubrać na swój bal maturalny. Nie dożyła do niego. Wszystko pozostało tak, jak w dniu wypadku. Nie miałam siły, by cokolwiek ruszać. Na biurku stała fotografia, przedstawiająca mnie i Sophie siedzące razem na ławce w Central Parku. Obejmowałyśmy się ramionami i cieszyłyśmy do obiektywu jak głupie. Ja, wysoka, czarnowłosa dziewczyna o przenikliwych, fiołkowych oczach, ubrana w czarne dżinsy i pomarańczowy top, oraz ona, drobna istotka z krótkimi brązowymi włosami, wystrojona w letnią sukienkę w kwiatki. Różniłyśmy się nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru. Dwie zupełnie różne istoty, a jednak siostry, w pewnym sensie do siebie podobne. Była ode mnie młodsza o cztery lata. Zawsze była tą ładniejszą, mądrzejszą, bardziej lubianą, a jednak ja nigdy nie miałam do niej o to pretensji. Zamykałam się w swoim własnym, wyimaginowanym świecie z kilkoma bliskimi osobami i egzystowałam sobie powoli, nie wadząc nikomu. Pogodziłam się z tym, a teraz zostałam sama.
   Masz, czego chciałaś. Teraz możesz sobie tkwić w swojej urojonej rzeczywistości, nikt ci nie będzie przeszkadzać. 
   Sophie pewnie zabiłaby mnie, gdyby dowiedziała się, co robię ze swoim życiem. Że przerwałam studia, że truję się tytoniem, i że chcę wyjechać z rodzinnego Nowego Jorku. Nigdy wcześniej nawet bym o tym nie pomyślała, ale teraz… Cóż innego mogłam zrobić?
    Za dużo cierpienia.
    Wyciągnęłam zdjęcie z ramki i wsadziłam je do dużej, czarnej torby, którą przewiesiłam przez ramię. Przede mną otwierała się perspektywa nowego i być może lepszego życia. Demony przeszłości chciałam zostawić za sobą, ale jednak jakieś pamiątki chciałam zachować. Nie mogłam zapomnieć, jak wyglądali, dlatego wśród rzeczy, które postanowiłam zabrać ze sobą było kilka albumów rodzinnych. 
   Wyszłam z apartamentu, ciągnąc za sobą walizkę. Drzwi zamknęłam na klucz, który wrzuciłam do torby. Na parkingu załadowałam torbę do obszernego bagażnika czarnego land rovera z beżową tapicerką – jedynego auta, jakie postanowiłam zatrzymać z kolekcji mojego taty. Resztę już sprzedałam.
   Wyjechałam z podziemnego parkingu, przyglądając się ostatni raz Piątej Alei budzącej się do życia, po długiej nocy, pełnej imprez. Teraz to już nie był mój dom. Pragnęłam się z tym pogodzić raz na zawsze. Po drodze pojechałam jeszcze do biura zaufanego agenta nieruchomości moich rodziców. Zostawiłam u niego zapasowe klucze do mieszkania i podpisałam umowę. Obiecał mi znaleźć szybko chętnego do kupna apartamentu. Jakby zależało mi na pieniądzach! Mój ojciec był wpływowym właścicielem banku. Gdybym chciała, mogłabym nie pracować do końca życia, gdyż otrzymałam po nim  fortunę, jako jego jedyna spadkobierczyni.
   Czas zacząć nowe życie, Joline. Z dala od złego wpływu Nowego Jorku, z dala od tych przeklętych ulic i mrocznych zaułków, gdzie po raz pierwszy cię zwerbowali…
   Ale w głębi serca wiedziałam, że tak szybko o wszystkim nie zapomnę. Poza tym miałam pamiątki, które miały mi pomóc w krytycznych chwilach mojej egzystencji. Tak bardzo chciałam z tym skończyć, chociaż tak na poważnie jeszcze tego  nie zaczęłam.
   Nie umiałam tak po prostu odejść. Marzyłam o tym, by jeszcze raz przejść się ścieżkami Central Parku i popatrzeć, jak dzieciaki z bogatych rodzin, takie jak ja, grają w piłkę i jarają trawkę na Owczej Łączce. Może nawet przez chwile pobyć jedną z nich?
   Gdy tak siedziałam w aucie na parkingu dumając nad jeszcze jednym spacerem po Nowym Jorku, głośno zaburczało mi w brzuchu. No tak, Joline, geniuszu. Nie ma to jak wybrać się w kilkunastogodzinną podróż autem bez śniadania.
   Wysiadłam i po zamknięciu drzwi ruszyłam chodnikiem. Głęboko zaciągnęłam się nowojorskim powietrzem, przepełnionym zapachem spalin. Dookoła mnie śmigały żółte taksówki, tak bardzo charakterystyczne dla tego miasta. Delektując się wszystkimi aspektami życia w Nowym Jorku nawet nie zauważyłam, kiedy doszłam do celu, którym była mała knajpka na rogu jednego z biurowców. Nie zastanawiając się długo, przekroczyłam jej próg. Od wejścia uderzył mnie zapach pysznego jedzenia, na który mój brzuch zareagował głośnym burknięciem.
   Pomieszczenie, w którym się znalazłam nie było obszerne, aczkolwiek urządzone w bardzo miłym stylu. Ściany były pomalowane na przyjemny dla oka odcień zieleni, do połowy okien zaciągnięte były rolety w nieco ciemniejszym odcieniu, stoliki i krzesła poustawiane chaotycznie po całej przestrzeni miały odcień orzecha, podobnie jak bar. Na ścianach wisiały biało-czarne fotografie i rysunki w drewnianych oprawach. Sztuczne światło lamp mieszało się z promieniami słońca, co dawało całkiem ciekawy efekt. Knajpka byłą niemal pusta. Cieszyłam się z tego. Uwielbiałam to miejsce, i przez wiele lat mieszkania w tym mieście, często je odwiedzałam.
   Usiadłam na krześle przy barze, czekając, aż ktoś mnie obsłuży. Po chwili przede mną pojawił się chłopak o jasnobrązowych postawionych na żel włosach i oczach o intensywnym  odcieniu zieleni ubrany w strój kelnera. Patrzyła się na mnie przez chwilę, jakby zobaczył ducha.
- Cześć Drue – przywitałam się cicho ze starym znajomym, siląc się na delikatny półuśmiech.
  Chłopak zamrugał dwa razy, jakby chciał sprawdzić, czy nie jestem przypadkiem zjawą.
- Joline! – szepnął w końcu, wybiegł zza baru i uściskał mnie serdecznie. – Wszystko w porządku? Co cię do mnie sprowadza?
   Delikatnie wyswobodziłam się z jego objęć, czując, jak na mojej twarzy pojawia się delikatny rumieniec. Kiedyś z Drue byliśmy naprawdę blisko. Był jednym z moich najlepszych przyjaciół, a może nawet kimś więcej. Spędzaliśmy ze sobą masę czasu, ale pewnego dnia wszystko się posypało jak domek z kart. Nie winiłam go już za to, jednakże strasznie się cieszyłam, że go widzę. Studiował zaocznie, dzięki czemu często pracował w knajpie swojego ojca. Wiedziałam, gdzie się udać.
- Nie mogę powiedzieć, że jest w porządku, bo bym skłamała, ale jest znacznie lepiej. Rany się goją. – wyznałam, znów siadając na stołku, a mój kolega wrócił na swoje stanowisko za barem. – Nadal trudno mi to wszystko pojąć.
   Chłopak pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie widziałam się z nim od dawna, dlatego nie miałam pojęcia, jak wiele wie o wypadku i tym, co później się ze mną działo, ale wydawał się być dobrze poinformowanym. W końcu przez chwilę w całym mieście aż wrzało od wieści o tragicznej śmierci właściciela banku i prawie całej jego rodziny. Poza tym nasi ojcowie się znali.
- Cieszę się, że przyszłaś. Napijesz się czegoś?
- Tak – westchnęłam, przyglądając się karcie z menu. – Podwójne espresso proszę.
   Posłał mi ciepły uśmiech i na chwilę zniknął. Zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu. Jedyną obecną osobą oprócz nas był jakiś biznesman w szarym garniturze, który nerwowo popijał kawę, co chwila spoglądając na zegarek, jakby na kogoś czekał. Po chwili pozbierał swoje rzeczy, rzucił na stolik banknot i wyszedł.
  Drue wyszedł z zaplecza z małą filiżanką parującej kawy. Postawił ja przy mnie z szerokim uśmiechem na ustach, po czym pozbierał naczynia po poprzednim gościu.
- Dzięki – mruknęłam, upijając łyk gorącej, aromatycznej cieczy.
- W porządku. Zjesz coś? – zapytał.
- W sumie właśnie to mnie do ciebie przygnało. Załatwiałam sprawy na mieście i zgłodniałam. – wytłumaczyłam chłopakowi.
- Musisz częściej załatwiać sprawy na mieście i przy tym głodnieć, bo tylko wtedy do mnie wpadasz – podsumował, śmiejąc się. – To na co masz ochotę?
   Zamyśliłam się na chwilę. Przez te kilka miesięcy strasznie tęskniłam za Drue. Zastanawiałam się tylko, czy zechce porozmawiać ze mną o tym, co nas rozdzieliło. Nie chciałam znów wywlekać tego na światło dzienne, chociaż jeżeli zechcielibyśmy wrócić do tego co było, musielibyśmy w końcu poruszyć ten temat. Ale nie teraz. Jak wrócę, będę zupełnie innym człowiekiem. Skończę z tym z dala od Nowego Jorku i wszystkich problemów.
   Przez cały czas czułam na sobie palący wzrok bruneta. 
- Na tortille wegetariańską – podniosłam na niego wzrok, delikatnie się uśmiechając.
- Służę, jaśniepani – skłonił się teatralnie i zniknął w kuchni.
   To był cały Drue. Wiecznie uśmiechnięty, zabawny i  żywiołowy. Gotów przyjąć wszystko to, co zgotował dla niego los. I tym się różniliśmy. Ja stale lawirowałam między problemami, starałam się ich unikać i sprawiać, by wszystko szło po mojej myśli. On nigdy niczego nie idealizował, i radził sobie z problemami jak nikt inny. Zazdrościłam mu tego realizmu. Ja, niepoprawna marzycielka żyjąca w wykreowanym przez siebie świecie.
   Dopiłam kawę, bawiąc się papierową serwetką. Po chwili pojawił się chłopak z zamówionym przeze mnie daniem na talerzu.
- Szybko ci poszło – stwierdziłam, kiedy postawił przede mną na blacie moje zamówienie.
- No widzisz – nadal szeroko się uśmiechając, usiadł na stołku obok. Mógł sobie na to bez problemu pozwolić, lokal był pusty.
- A tobie jak się powodzi? – zagadnęłam, między gryzami tortilli.
- W porządku. Ostatni rok studiów to nie przelewki, ale dobrze sobie radzę. W wolnym czasie pomagam w rodzinnym interesie –  ruchem reki wskazał na ich przybytek. – Prawnie nic się nie zmieniło. Jak tam twoje studia?
- Rzuciłam je – mruknęłam. Chłopak popatrzył na mnie jak na wariatkę. - To znaczy przerwałam – zrehabilitowałam się. – Na rok. Wyjeżdżam z Nowego Jorku.
- Kiedy? – zapytał, nadal zaskoczony.
- Dzisiaj. Sprzedałam apartament. Chcę odpocząć od miejskiego zgiełku, pomyśleć o tym, co chcę robić dalej, może nawet zmienić swoje życie – wytłumaczyłam.
- Skoro uważasz, że to będzie dla ciebie dobre rozwiązanie… - mruknął z powątpieniem.
-  Myślę, że najlepsze. 
   Chwilę milczeliśmy. Ja przeżuwałam śniadanie, a on wpatrywał się w jakiś martwy punkt.
- Gdzie się przenosisz? – zapytał w końcu.
- Do małego miasteczka w Wirginii. Nazywa się Mystic Falls. Ciotka udostępniła mi dom, w którym kiedyś mieszkała, a w miejskim szpitalu załatwiłam sobie staż – dotknęłam jego dłoni. – Dam sobie radę, zobaczysz.
   Podniósł na mnie wzrok, nie uśmiechając się już.
- Joline, skończyłaś z tym? – wyrzucił z siebie w końcu, jakby chciał zadać to pytanie już od dawna.
   Westchnęłam cicho, cofając dłoń. Wiedziałam, że to pytanie padnie prędzej czy później.
- Miedzy innymi właśnie dlatego wyjeżdżam. Chcę znacząc od nowa, z dala od tego całego gówna. Wiem, wpakowałam się, jednak nie jest tak źle, jakby się mogło wydawać. Nigdy nie byłam w ciągu. To tylko tak… - zabrakło mi słowa. – Okazyjne – dokończyłam w końcu.
- Rozumiem. Chociaż wydaje mi się, że i tak sama nie dasz rady. Myślałaś może…
- Nie, Drue. Dam sobie radę – przerwałam mu. W zamyśleniu pokiwał głową.
- Mam nadzieję.
   Dokończyłam posiłek w milczeniu, tylko raz na jakoś czas rzucając przelotne spojrzenie na bruneta. Po ostatnim kęsie wytarłam usta chusteczką.
- Więc ile ci jestem winna? – zapytałam.
- Żartujesz sobie? – wykrzyknął chłopak. – Jesteś dzisiaj u mnie gościem, za nic nie będziesz płacić!
   Zabrał brudne naczynia, a ja zaczęłam zbierać się do wyjścia, pod nieobecności chłopaka wciskając  pięćdziesięciodolarowy banknot pod stojak z chusteczkami.
- Wiesz, będę już uciekać – stwierdziłam, kiedy chłopak wrócił. – Dość długa droga przede mną, a i tak pewnie będę musiała się gdzieś zatrzymać na nocleg.
   Drue uściskał mnie serdecznie, a mi przypomniały się momenty w moim życiu, w których to jego ramiona były całym moim światem.
- Pamiętaj, że możesz dzwonić o każdej porze dnia i nocy. A gdybyś byłą w Nowym Jorku, to adres znasz – szeroki uśmiech znów powrócił na jego twarz.
- Jasne. Zobaczysz, wszystko się jakoś ułoży. I mi i tobie – poklepałam go po ramieniu.
- W takim razie szczęśliwej drogi.
   Odprowadzona wzrokiem chłopaka, wyszłam z lokalu w znacznie lepszym humorze. Trzeba mi było szczerej rozmowy z kimś, kto najwyraźniej się o mnie troszczył. Już zapomniałam jakie to uczucie, gdy komuś na tobie zależy.
   Przeszłam się kilkoma uliczkami, a później moją ulubioną alejką w Central Parku prowadzącą do zoo. Korciło mnie, żeby wejść do obiektu i zobaczyć foki, które były moimi ulubionymi zwierzętami w tym przybytku. Jednak odpuściłam sobie. Przysiadłam na trawie pod drzewem, przyglądając się ludziom. Po alejkach spacerowały matki z dziećmi, ciągnącymi je w stronę placów zabaw, młodzi zakochani, można też było dostrzec biegacza w dresie. Każdy z tych ludzi miał własne życie, problemy, pragnienia i tragedie. Każdy z nich był wyjątkowy i historia każdego z nich zapisze się kiedyś na ponurych ulicach Nowego Jorku, bo w końcu wszyscy są częścią tego miasta.
   Ja także.
   Nadal rozmyślając wróciłam do auta i wyjechałam z parkingu. Miałam nadzieję, ze uda mi się przedrzeć przez miasto i wyjechać na autostradę jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Był piątek, w dodatku popołudniowe godziny szczytu. Wszyscy ciągnęli albo z pracy do domu, albo z domu na weekend za miasto. Korki były murowane.
- Idealny dzień sobie na przeprowadzkę wybrałaś, Joline – mruknęłam do siebie z sarkazmem i przydepnęłam gaz.

___________________________________________________

 Witajcie! Wiem, notka miała być już dawno, i też już od jakiegoś czasu leży sobie bezpiecznie zapisana na moim komputerze, jednak przez dwa tygodnie od rozpoczęcia wakacji przebywałam poza domem i nijak nie mogłam niczego opublikować. Poza tym rozdział wymagał korekty, której również nie mogłam mu zapewnić. Znaczy się oczywiście poprawiłam wszystkie błędy, które byłam w stanie wyłapać, ale mimo to może pojawić się wiele literówek. 
Jeżeli chodzi o jakość, to wydaje mi się, że nie jest najgorzej. Wiem, ze nie tego się spodziewaliście, ale własnie tedy wiedzie droga do opowiedzenia Wam całej wymyślonej przeze mnie historii. Z czasem we wszystkim się połapiecie. ;) 
Jestem mile zaskoczona ilością komentarzy pod prologiem. Naprawdę nie sadziłam, że przywitacie tą opowieść w blogosferze z takim entuzjazmem *.*
Aktualny szablon jest tylko tymczasowy. Pobrałam go z Szablonownika z galerii Psychicznej. Nie sądziłam, że znajdę coś takiego, a w tym przypadku nawet napis pasuje! 
Z dedykacją dla drogiej Jill ;* 


czwartek, 14 czerwca 2012

Prolog



Mistyc Falls, 12 sierpnia 1862 rok.

   Ciepły wiatr wyginał złociste łany zbóż, które, chociaż już dojrzałe, jeszcze nie zostały skoszone. Pod jego podmuchem przechylały się też korony starych drzew. W powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów, w których wesoło brzęczały pszczoły z pobliskiej pasieki. Promienie słońca odbijały się w stawiku na tyłach domu.
   Stałam na werandzie, patrząc, jak mój ukochany ładuje na konia swój ekwipunek.
- Naprawdę musisz jechać? – zapytałam błagalnie, podchodząc do niego. Ubrany w mundur Konfederacji, z włosami, które rozwiewał wiatr i tymi pięknymi, niebieskimi oczami wyglądał jak prawdziwy żołnierz. Ktoś taki jak on był chlubą dla mnie i całego Mystic Falls, lecz wolałabym, by został, taki jak był, niż wyruszał na wojnę by okryć się chwałą, choć nie wiedział, czy wróci.
   Jego usta wygięły się w łagodnym uśmiechu. Był moim aniołem. Ideałem. Buntownikiem, którego kochałam ponad wszystko.
- Muszę, Lynette. Nie mogę się teraz wycofać – wyszeptał ze smutkiem w głosie.
   Westchnęłam cicho.
    Puścił uprząż klaczy i wziął mnie w swoje silne ramiona. Mocno w niego wtulona, rozszlochałam się. Nigdy nie byłam zbyt wylewna, jeżeli chodzi o uczucia, ale w takiej chwili nie mogłam powstrzymać potoku łez. Delikatnie pocałował moje usta. Nie chciałam, żeby mnie opuszczał, jednak wiedziałam, że już teraz nie było siły na ziemi i w niebie, żeby go przy sobie zatrzymać. Tak już po prostu musiało być, a ja mogłam tylko to zaakceptować.
- Kocham cię – szepnął w moje włosy.
- Ja ciebie również, Damonie. I zawsze będę. 
   Złożył pocałunek na moim czole.
   Odsunęłam się od niego bardzo niechętnie, po chwili poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To Giuseppe Salvatore chciał dodać mi tym gestem otuchy. Wiedziałam, że choć nie zbyt dobrze dogotuje się ze swoim starszym synem, to i tak bardzo go kocha, i cieszy się, że udało mu się wychować go na kogoś takiego. Widziałam, jak mężczyźni łapią kontakt wzrokowy i między ojcem a synem dochodzi do zawarcia jakiejś umowy. Starszy skinął głową.
- Będziemy dobrze się nią opiekować Damonie, aż do twojego powrotu – zapewnił go ojciec.
- Liczę na to. – chłopak spojrzał za siebie. Na polnej dróżce odchodzącej od posesji siedzieli na koniach dwaj jego przyjaciele, oczekując, aż do nich dołączy. – Czas się zbierać.
   Jeszcze raz mocno mnie przytulił.
- Wiem, że to głupie, i rzewne, ale obiecaj mi, że będziesz nosił to przy sobie. – zdjęłam z szyi naszyjnik z zawieszką w kształcie pojemniczka w którym znajdował się piasek z wybrzeża Morza Północneg, na którym wygrawerowana była róża. Zawiesiłam go na szyi mojego ukochanego, a on szybko schował ją pod mundur.
- Oczywiście, że będę.
   Damon wsiadł na konia. Z bronią przewieszoną przez ramię i w mundurze wyglądał przewspaniale.
- Pamiętaj o mnie. Jedź i wracaj szybko! – zawołałam. On już przekraczał bramę posiadłości, i po chwili ruszył polną dróżką wraz z dwoma kompanami, a za nimi roznosiły się nuty pieśni. Hymnu Południa.

Dwa miesiące później

   Siedziałam na ławce przy posesji Salvatore’ów okryta wełnianym kocem. Chłodny, przenikliwy wiatr rozwiewał pukle moich włosów, unosząc ze sobą pożółkłe liście spadające z drzew. Deszczowe chmury unosiły się nad Mystic Falls, zwiastując coś niedobrego. Jesień rozgościła się już na stałe, a on jeszcze nie wrócił. 
   Codziennie po kilka godzin przesiadywałam na tej właśnie ławce, nieraz z książką w ręku, nieraz wpatrując się w horyzont. Często też przeglądałam prasę, uważnie wyszukując jakichkolwiek informacji o tym, co dzieje się na froncie. Jednak zawsze moje myśli biegły tylko jednym torem. O czymkolwiek bym nie myślała, zawsze wracałam do jednego tematu – jego. Zanim mnie opuścił nigdy nie myślałam, że tak za nim zatęsknię. Że tak się do niego przywiążę i że tak bardzo go pokocham. Jednak los lubił płatać niespodzianki. Teraz, gdy był daleko, to co czułam wcześniej wracało do mnie ze zdwojoną siłą. Bałam się też tego, co mogło nastąpić. Moje najmroczniejsze obawy wiele razy nawiedzały mnie w koszmarach. Zastanawiałam się też, co stanie się ze mną, jeśli on nie wróci. Co mi po majątku bez rodziny i wsparcia? Wiedziałam, że Stefan i jego ojciec zaproponowaliby mi gościnę w swoim domu, jednak nie chciałam jej nadużywać. Ale czy bez Damona moje życie miałoby sens?
   Nie.
   Podczas tych godzin moim częstym towarzyszem był Stefan. Dobry z niego chłopak. Taki prawy, dobrze wychowany, godny zaufania… Idealnie nadawał się na spadkobiercę majątku Giuseppe. Damon by sobie z tym nie poradził. Był na to zbyt roztrzepany. Za to Stefan był wręcz stworzony do tego, by pomagać ludziom. By móc wypłakać się na jego ramieniu. Często korzystałam z tej opcji. Był dla mnie w tym okresie jak brat.
   Powoli zaczął zapadać zmrok.
- On wróci, Lynette. Przecież ci obiecał. – młodszy Salvatore uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco. – Powinnaś wejść do domu. Jeszcze się zaziębisz. Chcesz go witać z gorączką?
   Bez słowa wykonałam jego polecenie. Weszłam do salonu, gdzie przysiadłam się do stołu, na którym pan Salvatore właśnie rozkładał pasjansa. Służąca rozpalała ogień w kominku.
- Damon się nie odzywał? – w głosie starszego mężczyzny słychać było ojcowską troskę.
- Nie, proszę pana.
    Niestety, taka była prawda. Od dawna nie dostałam od niego żadnego listu, wieści, niczego. Bałam się, że mogło się coś stać, i miałam wrażenie, że reszta rodziny podzielała moje obawy. Krople deszczu zaczęły uderzać o dach domu, przerywając ciszę, jaka panowała w salonie.
   Nagle do naszych uszu dobiegł odgłos pukania do drzwi. Nie spodziewaliśmy się o tej porze żadnych gości, dlatego poderwałam się z krzesła, z zamiarem otwarcia drzwi, lecz ubiegła mnie służąca. Po chwili do pomieszczenia wpadł mężczyzna, w którym dopiero po chwili rozpoznałam Toma, przyjaciela Damona. Wyglądał jak siedem nieszczęść, umazany błotem, w podniszczonym mundurze i z ręką na temblaku.
- Thomasie! – pan Salvatore również poderwał się od stolika. – Masz jakieś wieści z frontu?
   Chłopak przełknął głośno ślinę i dopiero wtedy zaczął powoli mówić.
- Niestety, nie najlepsze, ser. – słysząc to, moje serce niemal stanęło, a później zaczęło bić ze zdwojoną prędkością. – Pana syn został uznany za martwego.
   Świat wokół mnie zamigotał.
- Jak to możliwe?! – podniosłam głos.
- Przykro mi panienko. W wybuchu zginęło wielu naszych, lecz ciała Damona nie odnaleziono.
- Czyli jest jakaś szansa, że nic mu się nie stało?- łapałam się złudnej nadziei.
- Raczej nie.
   Wszyscy zgromadzeni patrzyli się na mnie. Twarz Stefana błyszczała od łez, kapiących po jego policzku, natomiast Giuseppe przybrał nieprzeniknioną maskę, pod którą zawsze ukrywał swój żal i smutek. Ja czułam się, jakby sens słów Toma do końca do mnie nie dotarł. Wiedziałam, co mi przekazał, jednak moje ciało nie zareagowało. Stałam tam wpatrzona w martwy punkt, aż w końcu ruszyłam biegiem po schodach i do swojej sypialni.
   Jakby w transie wygrzebałam spod łóżka pudełko, w którym trzymałam przedmioty, które pragnęłam ukryć przed światem. Nie dbałam o to, czy ktoś mnie zobaczy, czy ktoś wejdzie do pokoju. Wyjęłam fiolkę, w której zawarta była esencja mieszanki ziół wywołujących sen. Zamówiłam ją kiedyś u Pearl, naszej miejscowej aptekarki. Nie dbając o konsekwencje, wychyliłam flaszeczkę do dna. Gdy poczułam na języku gorzki smak leku, świat wokół mnie powtórnie zawirował. Położyłam się na łóżku, i czekałam aż nadejdzie sen. Niczego w tamtej chwili tak nie pragnęłam, jak ciemności, która w końcu przyszła, porywając mnie ze sobą…  


_____________________________________________________________

Co robi Thalia gdy się nudzi? Dodaje notki na bloga. ;>
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że prolog miał być dopiero w wakacje, ale nie mogę się powstrzymać przed opublikowaniem go. Poza tym, jak już wcześniej wspomniałam, strasznie się nudzę. Jestem chora i siedzę w domu, co sprzyja pisaniu opowiadania. ;D 
Prolog jak prolog. Krótki. Rozdziały będą znacznie dłuższe. Poza tym większość akcji dzieje się w dwudziestym pierwszym wieku, więc nie przyzwyczajajcie się do panów S. jako ludzi, chociaż musicie wiedzieć, że w tym opowiadaniu będzie więcej ich człowieczeństwa, niż gdziekolwiek indziej ^^
Teraz już na poważnie, rozdziały dopiero w wakacje. Postaram się je dodawać raz na dwa tygodnie. to mniej więcej tyle, ile jestem w stanie napisać, a wy przeczytać w takim czasie.  
Pewnie znajdziecie jakieś błędy, lecz mam nadzieję, że nie będzie ich za wiele. 
Krytyki też się nie boję, ale przyjmuję tylko tę konstruktywną. 
No dobra, dosyć tego ględzenia, aktualności znajdziecie w ramce po prawej ;> 
Całuski! ;***

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Wstęp

   Może zacznę od tego, ze niedawno przeniosłam się z onetu, dlatego moje obeznanie się z tym portalem jest nikłe, więc nie miejcie do mnie pretensji o drobne usterki w grafice czy notkach. Ciągle się uczę i oswajam ;)
   Nie jest to mój pierwszy blog, pisałam już wiele opowiadań i publikowałam je, lecz tymczasowo działają tylko ten i All we wanted.
   W wakacje zacznę tutaj publikować opowiadanie. Fan fiction na podstawie TVD, ale ci, którzy już mnie znają, wiedzą, że lubię pisać luźno, także nie spodziewajcie się że wydarzenia z opowiadania będą zgodne z tym, co aktualnie dzieje się w serialu. Nie będę się tego trzymała. Jeszcze nie wiem, w którym momencie wprowadzę moją bohaterkę  w życie mieszkańców Mystic Falls, wszytko okaże się przy pisaniu. Cóż, zobaczymy, co mi z tego wszystkiego wyjdzie.
   Pewnie zastanawiacie się, po co założyłam bloga teraz, skoro chce publikować coś dopiero w wakacje? Cóż, prawda jest taka, ze sama tego nie wiem. Jakoś tak dzisiaj wpadłam na pomysł, żeby założyć bloga teraz, zaraz, pobawić się trochę grafiką, ogarnąć ustawienia... Nic się nie stanie, jak stronka postoi pusta przez miesiąc, co nie?  A tymczasem ja pouzupełniam zakładki, może napiszę kilka rozdziałów na zaś. Wiecie, jak to jest.
   Jeśli macie jakieś uwagi, propozycje, śmiało piszcie. SPAM tylko w wyznaczonym na to miejscu, a jeżeli chcecie, bym odwiedziła wasze blogi, należy zostawić do niego linka, ale tylko z komentarzem tyczącym się mojego bloga. Wiadomości typu "Hej, super blog, wpadnij do mnie! link" będą traktowane jak SPAM.
   Cóż, to chyba wszystko. W razie czego, zostawiam swoje gg i e-mail w zakładce z kontaktami.
Całuski! ;**